Ból ma tyle odcieni.
Tylu właścicieli.
Wszyscy niosą swoje krzyże.
Czasem dzielą je z Szymonem.
W ciele i w duszy ból mieszka.
W wielu innych domach.
Mieszkam w bloku.
Tyle tu tych mieszkań...
Sąsiedztwo się dla mnie liczy, bo czasem jestem Szymonem.
Choć zapieram się, jak on - nie umiem nazwać się inaczej.
Dobrze, że mamy windę.
Dobrze, że kiedyś wszyscy wyjedziemy na samą górę.
piątek, 23 marca 2018
poniedziałek, 19 marca 2018
Luksusowa cerata
Stara cerata w biało-czerwoną kratkę. Pomarszczona na stole, postrzępiona na brzegach. Wycierana przez babcię gąbeczką kilka razy dziennie. Pożółkła gdzieniegdzie, przetarta. Przetarta po jednej stronie, bo tam zawsze siedzi babcia. Babcia, która tam jest.
Stara cerata szlachetniejsza niż niejeden elegancki obrus, przy którym siedzi obłuda i udawana gracja.
Przy ceracie siedzi miłość, nad ceratą brzmią najprawdziwsze i najszczersze rozmowy. To nad nią unoszą się myśli, tęsknoty i wspomnienia. To w nią, z każdym kolejnym wytarciem, wcierana jest realna codzienność. Czasem spadnie na nią kilka przekleństw, czasem odbije się od niej kilka westchnień. W kolisty ślad pozostały po kubku czasem wpadnie kilka łez.
Wszystko tam tak domowe, swoje, prawdziwe, tylko nam znajome.
I to jest właśnie luksus.
Stara cerata szlachetniejsza niż niejeden elegancki obrus, przy którym siedzi obłuda i udawana gracja.
Przy ceracie siedzi miłość, nad ceratą brzmią najprawdziwsze i najszczersze rozmowy. To nad nią unoszą się myśli, tęsknoty i wspomnienia. To w nią, z każdym kolejnym wytarciem, wcierana jest realna codzienność. Czasem spadnie na nią kilka przekleństw, czasem odbije się od niej kilka westchnień. W kolisty ślad pozostały po kubku czasem wpadnie kilka łez.
Wszystko tam tak domowe, swoje, prawdziwe, tylko nam znajome.
I to jest właśnie luksus.
czwartek, 15 marca 2018
Szpitalne łóżka, szpitalne przełomy
Czasami, kiedy się staje, czuje się, że to nie tylko nowe miejsce, ale też nowe "ja".
Czasami, kiedy pracuje się nad swoją powagą, staje się, bo w sekundę wraca poczucie bycia dzieckiem.
Wtedy czuje się, że to jedna prawdziwa nasza postać.
Żyje się samo, szybko, ciągle. Nie panuje się nad niczym i bez sensu wszystko analizuje.
Potem wchodzi się do szpitala, patrzy w oczy pani, która przed chwilą straciła siebie.
Nie wie, kim jest, nie wie, co powiedzieć.
Przejmuje ta pustka w oczach. Ta tęsknota jednocześnie.
Przenika na wskroś nienazwane uczucie, kiedy ta właśnie pani z żalem macha ci na pożegnanie. Ty wiesz, że nigdy więcej jej nie zobaczysz.
Ile takich pań, ile takich panów?
Obok łóżka siostrzenica, która przyszła do nowego "ja".
Zmienionego, niedołężnego, pustego (?).
Jej miłość i oddanie jednak w niczym nie jest uboższe. Ubogaciło się.
I to jest właśnie to:
brak wiary w swoją nieprzemijalność, brak stałości, która przecież realnie nigdy nie istnieje; chwiejność i kruchość wszystkiego, a przy nich - stałość i zaskakujący rozwój prawdziwej miłości. Bezinteresownej.
Tej, która znajduje COŚ w pustce oczu.
Tej, która bierze się z dziecka i tej, która w każdym widzi dziecko.
Obowiązkowo:
Czasami, kiedy pracuje się nad swoją powagą, staje się, bo w sekundę wraca poczucie bycia dzieckiem.
Wtedy czuje się, że to jedna prawdziwa nasza postać.
Żyje się samo, szybko, ciągle. Nie panuje się nad niczym i bez sensu wszystko analizuje.
Potem wchodzi się do szpitala, patrzy w oczy pani, która przed chwilą straciła siebie.
Nie wie, kim jest, nie wie, co powiedzieć.
Przejmuje ta pustka w oczach. Ta tęsknota jednocześnie.
Przenika na wskroś nienazwane uczucie, kiedy ta właśnie pani z żalem macha ci na pożegnanie. Ty wiesz, że nigdy więcej jej nie zobaczysz.
Ile takich pań, ile takich panów?
Obok łóżka siostrzenica, która przyszła do nowego "ja".
Zmienionego, niedołężnego, pustego (?).
Jej miłość i oddanie jednak w niczym nie jest uboższe. Ubogaciło się.
I to jest właśnie to:
brak wiary w swoją nieprzemijalność, brak stałości, która przecież realnie nigdy nie istnieje; chwiejność i kruchość wszystkiego, a przy nich - stałość i zaskakujący rozwój prawdziwej miłości. Bezinteresownej.
Tej, która znajduje COŚ w pustce oczu.
Tej, która bierze się z dziecka i tej, która w każdym widzi dziecko.
Obowiązkowo:
poniedziałek, 12 marca 2018
Sentyment do nowotworu
Gdyby potrafił tylko uśmiercić swoje słabości...
Gdyby dało się zabić to, co jest jego, a on wie, że do niego nie pasuje, że nie chce się z tym utożsamiać?
A gdyby tylko wyciągnął wybiórczo te cechy, które go brzydzą, których się wstydzi, których nie lubi?
Gdyby mógł wyrwać to wszystko, zmiażdżyć, podpalić, zdeptać jeszcze sam popiół i zamknąć w metalowej skrzyni. Zamknąć, a kłódkę wyrzucić do oceanu. Nie podpisywać jej.
Gdyby taką skrzynię zakopał pod ziemią, co napisałby na nagrobku?
"Tu spoczywa zbędna część mnie."
Przychodziłby na cmentarz. Przychodziłby, jak do najbliższej rodziny.
Nieskazitelny on przychodziłby, bo miałby sentyment.
Coś ciągnęłoby go do jego martwej chorobliwej nieśmiałości, której dopiero co uciął głowę. Ciągnęłoby go do jego nałogów i lenistwa. Odwiedzałby swój brak stanowczości i interesowność. Stawiałby kwiaty na grobie pychy. Paliłby znicz u słabej woli i kłamliwości. Pochylałby głowę nad niezdecydowaniem i użalaniem się nad sobą.
Brzegi rany, która została w nim po wyrwaniu tego wszystkiego, zostały zakażone.
Zostały zakażone tą właśnie ludzką substancją, która ciągnie do zła.
I nigdy nie będzie nieskazitelny. Nigdy nie będzie taki, jakim chciałby być, bo nawet jeśli wytnie cały guz, on będzie odrastał. Odrost będzie tęsknił za "zbędną częścią mnie". Będzie wzywał.
Skomplikowany ten człowiek.
Gdyby dało się zabić to, co jest jego, a on wie, że do niego nie pasuje, że nie chce się z tym utożsamiać?
A gdyby tylko wyciągnął wybiórczo te cechy, które go brzydzą, których się wstydzi, których nie lubi?
Gdyby mógł wyrwać to wszystko, zmiażdżyć, podpalić, zdeptać jeszcze sam popiół i zamknąć w metalowej skrzyni. Zamknąć, a kłódkę wyrzucić do oceanu. Nie podpisywać jej.
Gdyby taką skrzynię zakopał pod ziemią, co napisałby na nagrobku?
"Tu spoczywa zbędna część mnie."
Przychodziłby na cmentarz. Przychodziłby, jak do najbliższej rodziny.
Nieskazitelny on przychodziłby, bo miałby sentyment.
Coś ciągnęłoby go do jego martwej chorobliwej nieśmiałości, której dopiero co uciął głowę. Ciągnęłoby go do jego nałogów i lenistwa. Odwiedzałby swój brak stanowczości i interesowność. Stawiałby kwiaty na grobie pychy. Paliłby znicz u słabej woli i kłamliwości. Pochylałby głowę nad niezdecydowaniem i użalaniem się nad sobą.
Brzegi rany, która została w nim po wyrwaniu tego wszystkiego, zostały zakażone.
Zostały zakażone tą właśnie ludzką substancją, która ciągnie do zła.
I nigdy nie będzie nieskazitelny. Nigdy nie będzie taki, jakim chciałby być, bo nawet jeśli wytnie cały guz, on będzie odrastał. Odrost będzie tęsknił za "zbędną częścią mnie". Będzie wzywał.
Skomplikowany ten człowiek.
niedziela, 4 marca 2018
Dojrzały?
Można tak rozmyślać nad dojrzałością, jak nad bytem niematerialnym, który się nagle osiąga i na stałe posiada. Można też przyjąć, że to proces, którego celem jest jego istnienie samo w sobie. Z jednej strony, wszyscy jesteśmy objęci tym procesem, niezależnie od woli. Rodzimy się i wpadamy w niego, nie mając odwrotu. Jakby moment narodzin był dla nas przejściem przez portal mający zastawkę, która nie pozwala wrócić. Jesteśmy już tutaj, na świecie i poczuliśmy smak wzrastania. Fizycznego, psychicznego, duchowego i każdego innego, jakie może istnieć. Czy mimo to, dostając coraz to nowe bodźce, chcemy je przyjmować i przetwarzać? Czy chcemy potem osiągać z nich korzyść w postaci wniosków?
Do pewnego momentu życia nie działaliśmy zgodnie ze swoją wolą. Byliśmy podporządkowani rodzicom i wszystkim/wszystkiemu, co nas otaczało. Potem ciekawość trzylatka pchała nas ku poznawaniu i doznawaniu, aż tu nagle, nastał moment, kiedy zauważyliśmy pewną zależność Małego Księcia: jesteś odpowiedzialny za to, co oswoiłeś.
I BUM!
Ja nie chcę! Boję się! Wolę, by inni zrobili to za mnie!
Nie wiem. Nie wiem, gdzie jest granica dojrzewania, i czy w ogóle taka istnieje. Można dojrzewać w tak wielu sferach. By to zrobić, najpierw musimy w tę sferę wejść. Poznajemy ją zazwyczaj nieświadomie, by potem móc wiedzieć coraz więcej, zagłębiać się i próbować samego siebie. Ile razy muszę nadepnąć mojemu psu na ogon, by się zdenerwował? Po próbach wiem, że potrzeba było siedmiu razy. Jestem dojrzały w tej dziedzinie! Aż tu nagle okazuje się, że na świecie jest więcej psów.
Na uniwersytecie powtarzają często, że dla nauczycieli celem wychowawczym jest doprowadzenie delikwenta do stanu pod tytułem: "wiem, że nic nie wiem". I to jest moja definicja dojrzałości.
Potrzeba ciągłego wzrastania.
Tu mowa akurat o świecie nauki, ale przecież każdy świat jest światem nauki.
Świat zmysłów, uczuć, relacji - wszystko to nauka, tylko czasem tak wysoka, że poprzez swoją nieuchwytność i niedefiniowalność została przez człowieka uznana za nienaukowy komponent życia.
Wszędzie, w każdym położeniu, świadomość swojej małości pośród ogromu jest kluczem. Dojrzałym jest człowiek, który wie, że nie osiągnie dojrzałości np. w wierze tu, na ziemi. Wie, że nie może wszystkiego. Wie, że nawet jeśli może wiele, to nie wszystko przynosi korzyść. W efekcie, próbuje, ale ostrożnie, przezornie, odpowiedzialnie.
Pięknym i potrzebnym zjawiskiem jest nasze istnienie w pajęczynie międzyludzkiej, która, chcąc nie chcąc, żyje, a więc wpadła już w proces dojrzewania. Nieskończona różnorodność ludzi sprawia, że każdy pociąga innych ku innemu rodzajowi dojrzałości. Jakąż wielką nadzieję na przyszłość niesie ten fakt! Będzie jeszcze bardziej różnorodnie, jeszcze wyżej się wzniesiemy. Jak skutecznie uczy to pokory i chroni przed egocentryzmem. Jak bardzo pokazuje każdemu, że jest potrzebny.
Pamiętajmy jednak, że chodzi tylko o pajęczynę, którą wije Ktoś Trzeci - Pan Bóg. Czy chcemy, czy nie. Tak, to tylko pajęczyna, a nie wieża Babel. Spróbujmy tylko ją budować, a popiszemy się skrajną niedojrzałością.
Jak pomóc tym, którzy są wokół mnie w pajęczynie?
Po pierwsze, najpierw sama muszę poddać się wyżej opisywanemu procesowi, by wzrastać i żyć coraz bardziej świadomie. A potem?
A co robię, bo dojrzały pomidory?
Daję im CZAS i WARUNKI - słońce, wodę, ciepło.
Jaki skutek przyniesie stanięcie nad nimi i krzyczenie z góry, by dorosły?
Zatem, czym jest ta dojrzałość?
Chyba jednak procesem, jedynym sensownym na tej ziemi. Czymże jednak byłby proces bez celu? Cel, choć nieosiągalny tutaj, dobrze, by przyświecał każdemu. Tu kluczowa jest perspektywa życia wiecznego.
***
Przyszedł taki moment, gdy pewnie stanęła na nogach.
Pomyślała, że to już ten moment;
Że rozpoczyna się czas, gdy jest prawowitym mieszkańcem ziemi.
Już teraz wie, jak trzeba żyć.
Rozróżnia, co jest dobre, a co złe.
Znalazła cel, obrała azymut. Idzie.
Przebiegle ustaliła plan B i C, a nawet cały alfabet planów.
Wiedziała, jak trzeba rozmawiać z ludźmi.
Wiedziała, kim jest dziecko, kim starzec.
Kiedy wiedziała już wszystko i szła tak żwawo, poczuła, że jest tu sama.
Dostrzegła, że wszystko, co osiągnęła funkcjonuje tylko w jej świecie.
Jaki on okazał się wąski i samotny!
Jak dojrzale bezsensowny...
Do pewnego momentu życia nie działaliśmy zgodnie ze swoją wolą. Byliśmy podporządkowani rodzicom i wszystkim/wszystkiemu, co nas otaczało. Potem ciekawość trzylatka pchała nas ku poznawaniu i doznawaniu, aż tu nagle, nastał moment, kiedy zauważyliśmy pewną zależność Małego Księcia: jesteś odpowiedzialny za to, co oswoiłeś.
I BUM!
Ja nie chcę! Boję się! Wolę, by inni zrobili to za mnie!
Nie wiem. Nie wiem, gdzie jest granica dojrzewania, i czy w ogóle taka istnieje. Można dojrzewać w tak wielu sferach. By to zrobić, najpierw musimy w tę sferę wejść. Poznajemy ją zazwyczaj nieświadomie, by potem móc wiedzieć coraz więcej, zagłębiać się i próbować samego siebie. Ile razy muszę nadepnąć mojemu psu na ogon, by się zdenerwował? Po próbach wiem, że potrzeba było siedmiu razy. Jestem dojrzały w tej dziedzinie! Aż tu nagle okazuje się, że na świecie jest więcej psów.
Na uniwersytecie powtarzają często, że dla nauczycieli celem wychowawczym jest doprowadzenie delikwenta do stanu pod tytułem: "wiem, że nic nie wiem". I to jest moja definicja dojrzałości.
Potrzeba ciągłego wzrastania.
Tu mowa akurat o świecie nauki, ale przecież każdy świat jest światem nauki.
Świat zmysłów, uczuć, relacji - wszystko to nauka, tylko czasem tak wysoka, że poprzez swoją nieuchwytność i niedefiniowalność została przez człowieka uznana za nienaukowy komponent życia.
Wszędzie, w każdym położeniu, świadomość swojej małości pośród ogromu jest kluczem. Dojrzałym jest człowiek, który wie, że nie osiągnie dojrzałości np. w wierze tu, na ziemi. Wie, że nie może wszystkiego. Wie, że nawet jeśli może wiele, to nie wszystko przynosi korzyść. W efekcie, próbuje, ale ostrożnie, przezornie, odpowiedzialnie.
Pięknym i potrzebnym zjawiskiem jest nasze istnienie w pajęczynie międzyludzkiej, która, chcąc nie chcąc, żyje, a więc wpadła już w proces dojrzewania. Nieskończona różnorodność ludzi sprawia, że każdy pociąga innych ku innemu rodzajowi dojrzałości. Jakąż wielką nadzieję na przyszłość niesie ten fakt! Będzie jeszcze bardziej różnorodnie, jeszcze wyżej się wzniesiemy. Jak skutecznie uczy to pokory i chroni przed egocentryzmem. Jak bardzo pokazuje każdemu, że jest potrzebny.
Pamiętajmy jednak, że chodzi tylko o pajęczynę, którą wije Ktoś Trzeci - Pan Bóg. Czy chcemy, czy nie. Tak, to tylko pajęczyna, a nie wieża Babel. Spróbujmy tylko ją budować, a popiszemy się skrajną niedojrzałością.
Jak pomóc tym, którzy są wokół mnie w pajęczynie?
Po pierwsze, najpierw sama muszę poddać się wyżej opisywanemu procesowi, by wzrastać i żyć coraz bardziej świadomie. A potem?
A co robię, bo dojrzały pomidory?
Daję im CZAS i WARUNKI - słońce, wodę, ciepło.
Jaki skutek przyniesie stanięcie nad nimi i krzyczenie z góry, by dorosły?
Zatem, czym jest ta dojrzałość?
Chyba jednak procesem, jedynym sensownym na tej ziemi. Czymże jednak byłby proces bez celu? Cel, choć nieosiągalny tutaj, dobrze, by przyświecał każdemu. Tu kluczowa jest perspektywa życia wiecznego.
***
Przyszedł taki moment, gdy pewnie stanęła na nogach.
Pomyślała, że to już ten moment;
Że rozpoczyna się czas, gdy jest prawowitym mieszkańcem ziemi.
Już teraz wie, jak trzeba żyć.
Rozróżnia, co jest dobre, a co złe.
Znalazła cel, obrała azymut. Idzie.
Przebiegle ustaliła plan B i C, a nawet cały alfabet planów.
Wiedziała, jak trzeba rozmawiać z ludźmi.
Wiedziała, kim jest dziecko, kim starzec.
Kiedy wiedziała już wszystko i szła tak żwawo, poczuła, że jest tu sama.
Dostrzegła, że wszystko, co osiągnęła funkcjonuje tylko w jej świecie.
Jaki on okazał się wąski i samotny!
Jak dojrzale bezsensowny...
środa, 28 lutego 2018
Nikło i nie na długo
Czasami tak jest, że maleńki fragment rośliny włożony do kilku kropel wody, wypuszcza korzenie. Wystarczy kilka kropel w starym kieliszeczku na parapecie. Dwa promienie słońca.
Wystarczy tak niewiele. Niewiele, by żyć.
Niektóre z tych ukorzenionych łodyżek, włożone do ziemi - przyjmują się i żyją tam w pełni. Przyjmują się na ziemi. Zapuszczają potężne korzenie, rozwijają łodygę lub pień, a z nich wielkie liście, którymi chłoną promienie. Potem tworzą ogród lub las. Żyjąc wspólnie, chronią się nawzajem.
Ich istnienie bywa długie. Drzewa takie mogą być starsze niż najsędziwsze żółwie.
Nie jestem drzewem.
Nie przyjęłam się w ziemi.
Nie przyjęłam się na ziemi,
Ale żyję.
Sama,
Bo tylko tak potrafię,
W płytkiej wodzie.
Przez chwilę,
Prawie bez korzeni,
W płytkiej wodzie.
I wiem, że te dwa promienie słońca są dla mnie.
Tylko i aż tyle tutaj mam.
Gdy je złapię, zaczekam jeszcze na noc, na najpiękniejsze niebo.
Jedna taka noc mi wystarczy.
Już nie będzie ważne, jak długo wytrzymam.
Ważne, że tam będę. Będę.
Wystarczy tak niewiele. Niewiele, by żyć.
Niektóre z tych ukorzenionych łodyżek, włożone do ziemi - przyjmują się i żyją tam w pełni. Przyjmują się na ziemi. Zapuszczają potężne korzenie, rozwijają łodygę lub pień, a z nich wielkie liście, którymi chłoną promienie. Potem tworzą ogród lub las. Żyjąc wspólnie, chronią się nawzajem.
Ich istnienie bywa długie. Drzewa takie mogą być starsze niż najsędziwsze żółwie.
Nie jestem drzewem.
Nie przyjęłam się w ziemi.
Nie przyjęłam się na ziemi,
Ale żyję.
Sama,
Bo tylko tak potrafię,
W płytkiej wodzie.
Przez chwilę,
Prawie bez korzeni,
W płytkiej wodzie.
I wiem, że te dwa promienie słońca są dla mnie.
Tylko i aż tyle tutaj mam.
Gdy je złapię, zaczekam jeszcze na noc, na najpiękniejsze niebo.
Jedna taka noc mi wystarczy.
Już nie będzie ważne, jak długo wytrzymam.
Ważne, że tam będę. Będę.
piątek, 23 lutego 2018
Fajki pod korpo
Pod każdymi obrotowymi drzwiami. Wyspa lub kilka mniejszych.
Mniejszych rywalizujących.
Dym w pośpiechu przełykany z mrozem.
Wmówione sobie działanie uspokajające.
Rozmowy o wszystkim, czyli niczym z bliskimi - obcymi.
Mroźny dym przyprawiony głosem.
I dryfują te wyspy na szerokich chodnikach pod korpo.
W nadwyżce naciąganych przerw.
I zachłystują się dymem przesuszone biurowe gardła.
A on zagęszcza powietrze w dociśniętych do przepony płucach.
Nad wyspami w dymie zawieszone dedlajny.
Odraczane zaciąganiem.
Wyspy otoczone tłumem istot nieznających przecież życia.
Karty, by wejść, karty, by żyć. Każdy własnym korpohazardem.
Windą na dół, by przycumować.
Choćby raz na jakiś czas.
Przycumować, by zdrowo odpocząć wśród przyjaciół.
A nocą?
Wysypy nadgryzionych petów zbiera tłum nieznający przecież życia.
A w mieszkankach nocny dym i szczękościsk na poduszkach.
Samotny.
Mniejszych rywalizujących.
Dym w pośpiechu przełykany z mrozem.
Wmówione sobie działanie uspokajające.
Rozmowy o wszystkim, czyli niczym z bliskimi - obcymi.
Mroźny dym przyprawiony głosem.
I dryfują te wyspy na szerokich chodnikach pod korpo.
W nadwyżce naciąganych przerw.
I zachłystują się dymem przesuszone biurowe gardła.
A on zagęszcza powietrze w dociśniętych do przepony płucach.
Nad wyspami w dymie zawieszone dedlajny.
Odraczane zaciąganiem.
Wyspy otoczone tłumem istot nieznających przecież życia.
Karty, by wejść, karty, by żyć. Każdy własnym korpohazardem.
Windą na dół, by przycumować.
Choćby raz na jakiś czas.
Przycumować, by zdrowo odpocząć wśród przyjaciół.
A nocą?
Wysypy nadgryzionych petów zbiera tłum nieznający przecież życia.
A w mieszkankach nocny dym i szczękościsk na poduszkach.
Samotny.
sobota, 17 lutego 2018
Samotność Syzyfa
To taki dziwny mechanizm, którego nigdy nie da się złożyć w jedną całość. Kiedy staram się doczepić głowę do pajacyka, odpada ręka. Przyczepiam rękę, odpada noga.
Tak to właśnie wygląda. Tak myślę o swoim życiu.
Wszystko jest ważne. Ci ludzie wokół i tamci też. Za każdym tęsknię, z każdym chcę być.
Studia są ważne i praca. I sen, jedzenie. Dojazdy, zakupy, spotkania i przygotowanie do nich. Dom i drugi dom. Wszystko jest ważne. Jakoś po równo.
Nie umiem tego łączyć. Nigdy nie umiałam.
Nie umiem angażować się częściowo. We wszystko wchodzę zbyt szybko, zbyt mocno, zbyt całościowo. Do każdego przywiązuję się jak dziecko.
Nie, nie nauczę się tego obsługiwać. Nie nauczę się już nigdy.
Przeraża to, jak wiele jest możliwie najbardziej prozaicznych rzeczy, których nie umiem ogarnąć. Nie umiem praktykować.
Czasem chciałabym usiąść i po prostu patrzeć. Niech to wszystko samo się odbywa, bo treść, ostatecznie, nie jest taka zła. Przeciętna, jak każdego grzesznika. Proszę jednak, proszę, niech ktoś inny to łączy. Niech ktoś inny kładzie akcenty.
Pamiętam uczucie z dzieciństwa, które towarzyszyło mi w wielu miejscach i sytuacjach. W nieznanym mieście, w wielkim sklepie. Nie wiem, gdzie jestem i dokąd mam iść, panicznie boję się zostać sama. Nie znam kierunków, a nawet jeśli znam, to nic mi one nie mówią.
Wtedy jeszcze myślałam, że dorośli wiedzą wszystko. Teraz wiem, że nie. Wiem też, że dalej stoję w tym supermarkecie, tyle, że jest on nieskończenie większy, wielobranżowy i całodobowy.
W momentach, kiedy zupełnie nic się nie składa, moje wewnętrzne "ja" staje, rozgląda się i myśli: no tak. Przeczekam. Nie wiem, co się dzieje, nie wiem, co jest dobre, nie wiem, co jest złe, nie wiem, co robić. Nie wiem, kto ma jakie zamiary i do czego zmierza.
I tak naprawdę, zbyt często zdarzają się takie momenty.
Czy ludzie wokół mnie udają swoje opanowanie, rozwagę i to, że wiedzą, co robić, czy może naprawdę to potrafią, a ja wciąż się gubię?
Przeraża mnie samotność w tej bańce zagubienia, w której chodzę już tyle lat.
Przeraża mnie to, że wszystko mnie przeraża. To, że są wokół osoby, które bez nawigacji potrafią chodzić i stawiają przy tym pewne kroki.
Być może życie polega na tym, by łapać ciągle wszystkie odpadające kończyny i łączyć je z korpusem, nawet jeśli to syzyfowa praca?
Samotność Syzyfa uderza wyjątkowo.
Tak to właśnie wygląda. Tak myślę o swoim życiu.
Wszystko jest ważne. Ci ludzie wokół i tamci też. Za każdym tęsknię, z każdym chcę być.
Studia są ważne i praca. I sen, jedzenie. Dojazdy, zakupy, spotkania i przygotowanie do nich. Dom i drugi dom. Wszystko jest ważne. Jakoś po równo.
Nie umiem tego łączyć. Nigdy nie umiałam.
Nie umiem angażować się częściowo. We wszystko wchodzę zbyt szybko, zbyt mocno, zbyt całościowo. Do każdego przywiązuję się jak dziecko.
Nie, nie nauczę się tego obsługiwać. Nie nauczę się już nigdy.
Przeraża to, jak wiele jest możliwie najbardziej prozaicznych rzeczy, których nie umiem ogarnąć. Nie umiem praktykować.
Czasem chciałabym usiąść i po prostu patrzeć. Niech to wszystko samo się odbywa, bo treść, ostatecznie, nie jest taka zła. Przeciętna, jak każdego grzesznika. Proszę jednak, proszę, niech ktoś inny to łączy. Niech ktoś inny kładzie akcenty.
Pamiętam uczucie z dzieciństwa, które towarzyszyło mi w wielu miejscach i sytuacjach. W nieznanym mieście, w wielkim sklepie. Nie wiem, gdzie jestem i dokąd mam iść, panicznie boję się zostać sama. Nie znam kierunków, a nawet jeśli znam, to nic mi one nie mówią.
Wtedy jeszcze myślałam, że dorośli wiedzą wszystko. Teraz wiem, że nie. Wiem też, że dalej stoję w tym supermarkecie, tyle, że jest on nieskończenie większy, wielobranżowy i całodobowy.
W momentach, kiedy zupełnie nic się nie składa, moje wewnętrzne "ja" staje, rozgląda się i myśli: no tak. Przeczekam. Nie wiem, co się dzieje, nie wiem, co jest dobre, nie wiem, co jest złe, nie wiem, co robić. Nie wiem, kto ma jakie zamiary i do czego zmierza.
I tak naprawdę, zbyt często zdarzają się takie momenty.
Czy ludzie wokół mnie udają swoje opanowanie, rozwagę i to, że wiedzą, co robić, czy może naprawdę to potrafią, a ja wciąż się gubię?
Przeraża mnie samotność w tej bańce zagubienia, w której chodzę już tyle lat.
Przeraża mnie to, że wszystko mnie przeraża. To, że są wokół osoby, które bez nawigacji potrafią chodzić i stawiają przy tym pewne kroki.
Być może życie polega na tym, by łapać ciągle wszystkie odpadające kończyny i łączyć je z korpusem, nawet jeśli to syzyfowa praca?
Samotność Syzyfa uderza wyjątkowo.
poniedziałek, 12 lutego 2018
Niewyobrażalny nadmiar porcelany
To niezależne od miejsca, w którym się znajduję. Niezależne od czasu.
Mam 250 cm wzrostu, ważę 300 kg.
Jestem słoniem w składzie porcelany.
Na co dzień.
Boję się oddychać, bo mogę coś zbić.
Mogę coś zrzucić, w coś uderzyć.
Wszystko i wszyscy wokół mnie są porcelanowi, a ja idę i strącam.
Nie wiem, jaką przyjmować postawę, w jaki sposób nabierać powietrza.
Potem - jak je wydychać i w którą stronę.
Nie wiem, jak, i co mówić, bo moje słowa, to też słonie.
Cała porcelanowa rzeczywistość wymaga ode mnie zbyt wielkiego wyczucia, ostrożności, uwagi.
Nie umiem być zgrabna w tym składzie, nie umiem też się nie ruszać.
Chociaż, może powinnam...
Nie żyć, czy zostawiać za sobą ślad potłuczonych fragmentów - fragmentów wszystkiego?
Mam 250 cm wzrostu, ważę 300 kg.
Jestem słoniem w składzie porcelany.
Na co dzień.
Boję się oddychać, bo mogę coś zbić.
Mogę coś zrzucić, w coś uderzyć.
Wszystko i wszyscy wokół mnie są porcelanowi, a ja idę i strącam.
Nie wiem, jaką przyjmować postawę, w jaki sposób nabierać powietrza.
Potem - jak je wydychać i w którą stronę.
Cała porcelanowa rzeczywistość wymaga ode mnie zbyt wielkiego wyczucia, ostrożności, uwagi.
Nie umiem być zgrabna w tym składzie, nie umiem też się nie ruszać.
Chociaż, może powinnam...
Nie żyć, czy zostawiać za sobą ślad potłuczonych fragmentów - fragmentów wszystkiego?
niedziela, 4 lutego 2018
Ptasia grawitacja
To tak, jakby powiedzieć ptakom, że nie da się latać, bo na ziemi działa grawitacja.
Ciekawe, czy latałyby, gdyby o tym wiedziały?
Mając te same warunki, czy latałyby ze świadomością grawitacji?
Pewnie nigdy by nie spróbowały.
Czasem lepiej nie wiedzieć.
Tak myślę.
Myślę dziś o tym, że powinnam polubić szmat niewiedzy, z którym muszę dożyć ostatnich dni.
Trzeba polubić swoje ograniczenia, by maniakalnie nie padać na kolana przed bożkami pseudowszechstronności, pseudowszechwiedzy i pseudozrozumienia.
Lubię też czasami zapomnieć o tym, że uczucia nie są budulcem życia. Że nie można stawiać na emocje.
Wiem wiem, że są ulotne, złudne, nierozsądne.
Co z tego, kiedy rodzą się tak mnogo i zrodzone napędzają do życia, pozwalają rano wstać?
Kiedy nie umiem z nich zrezygnować, a choćbym nawet chciała, nie mogę.
Nie jestem w stanie oderwać sobie nogi, wyrwać wątroby czy serca.
Nie umiem zmienić rysów twarzy, kształtu nadgarstków czy własnego wzrostu.
Co mogę zrobić, żeby przestać czuć?
Żeby przestać przywiązywać się do ludzi?
Żeby wreszcie przestać pokładać w nich tyle nadziei i ufności?
Jak to z siebie wyrwać?
Ktoś wytatuował to wszystko na tożsamości i, choć da się pracować nad charakterem, nad pewnymi cechami nie ma co nawet się pochylać.
Nauczyć się z tym żyć?
Jak?
Wszystko jest jednym wielkim paradoksem.
By utrzymać się przy życiu, trzeba wypełniać starannie tak wiele czynności. Tych przyziemnych. Tych fizjologicznych - bo tego wymaga ciało.
Tych intelektualnych - bo coś do tego ciągnie, a poza tym - jak to tak, nie rozwijać się?
Tych materialnych - bo z czegoś trzeba żyć, mieć z czego zapłacić za jedzenie, dom i wodę.
Jednocześnie, wszystko to bez uczuć, bez piękna jest czerstwe. Nudne.
Doprowadzające do obłędu!
Nie wolno budować niczego na emocjach, na uczuciach, bo można szybko spaść na ziemię.
Chociaż...
Ptaki nie wiedzą o grawitacji.
Niby bez celu nie chce się lecieć. Bo jaki jest sens? Sam cel jednak nie wystarczy do latania.
Cóż z tego, że osiągnę go po przebytej drodze, przez którą pełzałam zdzierając skórę do krwi?
Jaka będę, gdy dotrę do celu? Pełna wiatru we włosach, czy pełna błota wylewającego się z ust?
Ptaki, chociaż potrafią chodzić, latają. Latają, chociaż powietrze na pierwszy rzut oka nie nadaje się do podtrzymania całego "ja".
Tak. Nie trzeba wiedzieć wszystkiego. Nie trzeba wszystkiego z siebie wydzierać. Nie trzeba wierzyć w grawitację.
Ciekawe, czy latałyby, gdyby o tym wiedziały?
Mając te same warunki, czy latałyby ze świadomością grawitacji?
Pewnie nigdy by nie spróbowały.
Czasem lepiej nie wiedzieć.
Tak myślę.
Myślę dziś o tym, że powinnam polubić szmat niewiedzy, z którym muszę dożyć ostatnich dni.
Trzeba polubić swoje ograniczenia, by maniakalnie nie padać na kolana przed bożkami pseudowszechstronności, pseudowszechwiedzy i pseudozrozumienia.
Lubię też czasami zapomnieć o tym, że uczucia nie są budulcem życia. Że nie można stawiać na emocje.
Wiem wiem, że są ulotne, złudne, nierozsądne.
Co z tego, kiedy rodzą się tak mnogo i zrodzone napędzają do życia, pozwalają rano wstać?
Kiedy nie umiem z nich zrezygnować, a choćbym nawet chciała, nie mogę.
Nie jestem w stanie oderwać sobie nogi, wyrwać wątroby czy serca.
Nie umiem zmienić rysów twarzy, kształtu nadgarstków czy własnego wzrostu.
Co mogę zrobić, żeby przestać czuć?
Żeby przestać przywiązywać się do ludzi?
Żeby wreszcie przestać pokładać w nich tyle nadziei i ufności?
Jak to z siebie wyrwać?
Ktoś wytatuował to wszystko na tożsamości i, choć da się pracować nad charakterem, nad pewnymi cechami nie ma co nawet się pochylać.
Nauczyć się z tym żyć?
Jak?
Wszystko jest jednym wielkim paradoksem.
By utrzymać się przy życiu, trzeba wypełniać starannie tak wiele czynności. Tych przyziemnych. Tych fizjologicznych - bo tego wymaga ciało.
Tych intelektualnych - bo coś do tego ciągnie, a poza tym - jak to tak, nie rozwijać się?
Tych materialnych - bo z czegoś trzeba żyć, mieć z czego zapłacić za jedzenie, dom i wodę.
Jednocześnie, wszystko to bez uczuć, bez piękna jest czerstwe. Nudne.
Doprowadzające do obłędu!
Nie wolno budować niczego na emocjach, na uczuciach, bo można szybko spaść na ziemię.
Chociaż...
Ptaki nie wiedzą o grawitacji.
Niby bez celu nie chce się lecieć. Bo jaki jest sens? Sam cel jednak nie wystarczy do latania.
Cóż z tego, że osiągnę go po przebytej drodze, przez którą pełzałam zdzierając skórę do krwi?
Jaka będę, gdy dotrę do celu? Pełna wiatru we włosach, czy pełna błota wylewającego się z ust?
Ptaki, chociaż potrafią chodzić, latają. Latają, chociaż powietrze na pierwszy rzut oka nie nadaje się do podtrzymania całego "ja".
Tak. Nie trzeba wiedzieć wszystkiego. Nie trzeba wszystkiego z siebie wydzierać. Nie trzeba wierzyć w grawitację.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Orkiestra nurtu rzecznego
Czas to z jednej strony coś niewidzialnego i nieuchwytnego, coś co mogłoby stanowić definicję abstrakcji i antonim namacalności. To coś, co ...
-
Tak, to pierwszy post na bardzo prostym blogu prostej autorki. Chcę mówić o tym, co leży na sercu nie tylko mnie, ale i osobom, z którymi ma...
-
Tak, bo tak to właśnie jest. Piękne sceny przepuszczone przez filtr, zero obowiązków, brak rutyny, wieczne słońce, tęcza bez deszczu, świat ...
-
Siedzę przy oknie, bo jeszcze nie chcę spać. Mimo, że znużenie daje o sobie znać, siedzę i słucham, jak szczeka pies. Nawet nie wiem, do kog...



