niedziela, 25 sierpnia 2019

I dalej

Trudno opisywać uczucia, które wiążą się z jakimś dziwnym stanem. Na przykład takim, kiedy z różnych stron dotyka cię jakiś zawód. Czujesz się zawiedziony, choć nie potrafisz jasno określić kto i kiedy coś ci obiecywał i kiedy miał to spełnić, a tego nie zrobił. Nigdy nie potrafiłbyś jasno określić, czego chciałeś i oczekiwałeś. Trudno jest, gdy pewne przekonania, wierzenia, ufności, które nosiłeś w sobie przez ostatnie lata, których mocno się trzymałeś, jakoś nagle stają się nieistotne. A nieistotne dlatego, że przestały się sprawdzać w rzeczywistości. Nie czujesz się całkowicie oszukany, ponieważ wszystkie te wartości same w sobie nie okazały się fałszywe. To twoja rzeczywistość na różnych frontach pogalopowała w inne miejsca niż mogłeś przypuszczać. W innym tempie, w inny sposób. To ona się zmieniła, a fakt ten potęguje poczucie zagubienia i utratę elementów twojej tożsamości.
Pewnie życie składa się z iluś żyć, o których sam musisz zdecydować kiedy je kończyć i kiedy zaczynać kolejne. Trudno to wyczuć.


niedziela, 14 lipca 2019

Dobrze nie zestarzeć się w młodości

Nie ukrywam. Nie ukrywam, a wręcz mówię wprost - za dużo już. Za dużo już we mnie obojętności. Tak, jakby wszystko odbywało się w obrębie naskórka. To, co mnie dotyczy, w czym biorę udział. Kiedyś wnikało głęboko w skórę, jak najlepszego gatunku tatuaż. Dużo tych tatuaży zostało. Kilka spraw wniknęło głębiej, aż go wnętrzności podtrzymujących życie. Nagle te sprawy, które wytatuowały wnętrze, stały się integralną ich częścią. Od wtedy krew doprowadza tlen i składniki odżywcze także do nich. Duże, przełomowe wydarzenia. Niespełnione, bądź spełnione w nieoczekiwany sposób wyobrażenia. Wszystko, wszystko. Każda głupota, każdego dnia, w każdym czasie. Wszystko jakoś miało tendencję do lokowania się w różnych tkankach. A teraz? Idę, idę, idę i przymykam oczy na chmarę tego, co mnie otacza. Jak gdybym wchodziła w skłębione stada owadów. Ocierają się o mnie, połaskoczą, a czasem nawet ugryzą. Upiją trochę krwi, może wpuszczą jakiś jad. I tak jednak cały ból i swędzenie, które fundują, wszystko to odgrywa rolę w warstwie naskórka. Radości i doczekane końcówki etapów. Spotkania i pogody. Wiatr sprawił we mnie erozję. Z dnia na dzień przybieram coraz bardziej opływowy kształt, a tkanki zbijają się coraz szczelniej. Zbijają się tak, że uszczelniają różne pory i szczelinki. Nic nie wnika głęboko. Idę i wzruszam ramionami. Z ładną skórą lub z pogryzioną twarzą. A sprawcą wszystkiego jest czas. Tak bardzo obojętny, jednostajny, niezmęczony. Niewrażliwy na wszystko. Każdym wschodem i przychodzącym po nim zachodem przeciąga po naszych grzbietach, jak papierem ściernym. Wygładza i szlifuje. On chyba chce zniwelować w nas wszystkie opory. Pragnie, byśmy poddali się jego nurtowi, przyjęli jego tempo. Tak, że żadne okoliczności nie złapią nas w garść, bo będziemy jak wysmykujące się z dłoni mydło.
Dopiero między jednym a drugim pędem, gdy przychodzi chwila na to by usiąść i zmienić treść myśli odczuwa się ból brzucha. Odczuwa się ból serca i umysłu. Tak, bo mimo szczelności ciała, rzekomej obojętności, zapomnieliśmy, że wszystko, co się nam zdarza i zdarzało piliśmy w pośpiechu, jak zapomnianą przy porannym ubieraniu kawę. Taką zaraz przed zamknięciem drzwi. Taką, o której potem myślimy rozważając, czy w ogóle ją wypiliśmy.
Nie da się być całkiem obojętnym, znudzonym. Zmienia się tylko kanał przyjęcia. Częstotliwość, miejsce, pole absorbowania. Może zmysły, które są bramą. Nie wiem...
Przechodząc przez ogień z zamkniętymi oczami i korkami w uszach nie unikniemy poparzenia. A będąc zalewani miłością ze wszystkich stron, nawet w czasach zniechęcenia, nie unikniemy roztopienia serca. Choćbyśmy chcieli od niej uciec i gdybyśmy udawali, że nas nie interesuje.
Ciekawe, ile jeszcze w życiu będzie tych typów przyjmowania. Na ile sposobów będzie dało się do nas dostać. Ile odporności na dobro i zło w sobie wyrobimy, ile skorupy?
Wszystko to mnie ciekawi. Jacy jesteśmy i jacy będziemy? Jaka jestem i jaka będę?

Dobre są takie dni, gdy bada się siebie i swój świat. Dobrze zaktualizować swój stan, przygotować się do dalszej drogi. Dobrze uporządkować wspomnienia do odpowiednich szuflad i zdobyć nad nimi panowanie. Dobrze nie zestarzeć się w młodości.


czwartek, 27 czerwca 2019

Rozkrok na obu niefizycznych nogach

Żyję sobie i żyję. Z tyloma ludźmi już przeżyłam różne sytuacje, burzliwe czy trudne okresy, nudę, niepewność, załamanie, zwykłe dni. Po tym całym czasie odkrywam to, że kocham, ko cham wszystkich tych, którzy chodzą na dwóch nogach. Nie chodzi mi tu o nogi w ujęciu fizycznym.

Osoby, które żyją zupełnie bez piękna, bez muzyki, bez emocji. Ci, którzy nie są w ogóle sentymentalni, nie mają empatii, potrzeb duszy, zachwytów i humorów. Ci, którzy żyją po prostu zadaniami do wykonania, pracą, odpoczynkiem, który pojmują jako reset z alkoholem albo zwykłe niemyślenie. To takie osoby, które, gdy z nimi rozmawiam, manifestują swoją ignorancję prawie jak napis wyświetlony na czole. Szydzą z przeżyć, wierzeń, religii, relacji innych niż te partnerskie. Nie mają wyczucia w niczym i sprawiają, że wszystko we mnie się zamyka. Właśnie na nich.

Artyści, którzy wpadają w niedorzeczności są drugim obozem. Kojarzę kobiety przywiązujące się do miejskich znaków, ukazując rzekomo przez to swoją kobiecość. Mężczyzn, którzy żyją w jakiejś nieprzystającej do realiów rzeczywistości, zachwycający się czymś przez nieadekwatnie długi czas. Niezorganizowanych, nieodpowiedzialnych, narzekających tylko na świat. Wpadających w transy, tworzących performanse z zabijania.  Jeszcze inni uciekający w używki, by tylko poczuć odlot. Niepracujący, często aspołeczni.

Świat jest pełen piękna, okazji do wzruszeń, przyjaźni i miłości, a jednocześnie wpisana jest w niego codzienność. Potrzeby fizjologiczne. Trzeba jeść i na to jedzenie zarobić. W swoich, nawet najrozleglejszych przemyśleniach umieć dojść do konsensusu i uzyskać jakiś wniosek - konkret. Mieć swoje zdanie, wyrobione w praktyce życia.

Każdą z osobowości, którą ciągnie w jedną lub drugą stronę, można podszkolić. Nie można powiedzieć, że jest się zimnym kamieniem, którego nic nie dotyka, wyśmiewając się ze wszystkiego, co wyższe. Jednocześnie nie można być lotną duszą, która stwierdzi, że pociąga ją tylko to, co niematerialne i pozostawiać siebie na pastwę losu, utrzymywanie przez innych.

Te dwie nogi. Właśnie ludzi stojących na nich obu jednocześnie tak bardzo cenię. Ludzi, którzy łączą oba światy. Umieją podjąć męską decyzję, coś zorganizować, zaplanować. Gdy trzeba, wstać wcześnie rano bez marudzenia, choć im się nie chce. Potrafią wziąć za kogoś odpowiedzialność, załatwić, co trzeba. Jednocześnie można z nimi porozmawiać o swoich przeżyciach, wrażeniach estetycznych, o pięknie, rozterkach, relacjach. A oni nie tylko słuchają, ale też mają coś do powiedzenia od siebie. Z autopsji.

Jak bogaci są tacy ludzie i jak bogata jestem ja, że dane było mi ich poznać!
Taki powinien być ojciec i matka dla dziecka.
Tacy powinni być dla siebie małżonkowie.
Takie powinny być dorosłe dzieci dla swoich rodziców.
Przyjaciele dla przyjaciół.

Nudny ten świat bez prawdziwego, wrażliwego człowieczeństwa i skory do upadku bez twardego stąpania po ziemi.
Warto wziąć sprawy w swoje ręce i śmiało przy tym zerkać w niebo. A niekiedy po prostu się zapomnieć. Zupełnie zapomnieć.
Pomyśl, czy nie straciłeś tego, kim jesteś wewnątrz.





niedziela, 16 czerwca 2019

Jak kwiatki na niebie

Na początku był opis. Długi i skomplikowany. Wiele lat trwało całe to obserwowanie świata, ludzi wokół. Różnych zależności, zjawisk. Rozpoznawanie i zapamiętywanie nazw. Długo trwało, zanim wiele rzeczy dostrzegłam, zrozumiałam - albo i nie - jak w większości przypadków. Tak długo wiele rzeczy banalnych, skrajnie prostych i oczywistych dla innych - nie mogło się we mnie pomieścić. Nadal to, co życiowe, schematyczne, zwykłe, chronologiczne i zwyczajne w życiu, jest dla mnie niepojęte, niewykonalne lub obce. Dlaczego? Nie wiem.
Tyle różnych sfer w jednym człowieku, w grupie, w całym społeczeństwie. W ciągu dnia codziennego i na przestrzeni dłuższych okresów. O, jak wiele razy na to wszystko patrzyłam, tylko dlatego, że MUSIAŁAM się wszystkiemu przyjrzeć. Musiałam, bo przymuszało mnie do tego coś, co we mnie jest. Do dziś nie wiem, co to. Patrzę na, nawet bliskie, osoby i widzę, jak wiele rzeczy przyjmują, ot tak. Chciałabym tak umieć. Przyjąć coś, bo tak. Bo tak jest, tak się robi, taka kolej rzeczy.
Wszystkie, nawet najmniejsze rzeczy, mają czasem znaczenie. Przemawia przeze mnie jakaś głęboka sentymentalność i ciągłe zawieszenia wzroku. Nawet tego wzroku duszy. Wszystko jest pamiętnikiem i wszystko jest wpisem do niego. Wszyscy wokół są tak potrzebni i niepowtarzalni. Tak nieprzezbyci, uparci, zatopieni w swoich światach. A ja patrzę na nich. Są jak przymusowe rozpraszacze, w moim świecie, na którym się skupiam, nad którym muszę tak bardzo się pochylać, żeby go utrzymać w ryzach. Żeby to jakoś szło. A jak już się rozproszę, to wracam potem z trudem do ogarniania. I tak ciągle. I tyle jest chcenia, żeby robić coś dobrze, systematycznie, poświęcić się temu. Ale przecież wokół tyle zamieszania! Tyle zaskakujących rzeczy, dla których potrzeba wieeeele czasu, by je rozkminić.
I tak. Cóż począć z fuzją duszy artystycznej i analitycznej?
A z wiekiem, choć analiz jest wiele, stają się tak rozległe (i to w trzech wymiarach), że aż trudno je zapisać. I im więcej doświadczeć, im więcej suchych obserwacji, czy też emocjonalnych przeżyć, tym częściej wszystkie analizy układają się w coraz to bardziej syntetyczne wiersze.
I są dni, gdy wszystko jest wierszem.
Krótką aprobatą, wykrzyknieniem nieokreślonych emocji, ironiczną przyśpiewką czy najzwyklejszą satyrą. Czasem powierzchownie, dla żartu, bo tego wymaga smutne niekiedy życie. Czasem głęboko, tak, że nawet nie da się tego zinterpretować.

Idę po ziemi w ciężkich butach.
W topornych, ciągnących w dół tak, jak gdyby wypełniał mnie hel, a one były obciążnikami.
Idę tak, że robię to prawie przez całą dobę. Trzymam się kursu i staram się nie wzlatywać.
Lecz cóż....
Dusza i myśli nie mieszczą się w butach.
I uciekają.
Bo jak tu nie uciekać, gdy są kwiatki na niebie.
Kwiatki i statki
I inne przypadki,
W które i tak nikt nie uwierzy.





czwartek, 6 czerwca 2019

Kaktus z życiem

Gdy idziesz, w pocie czoła przez pustynię i mija wiele dni - nagle wszystkie zlewają się w jeden. Towarzyszy ci uczucie zbyt powolnego chodu, jak na wysiłek, który w niego wkładasz. Piach jest bardzo miałki, grząski i - na dodatek - gorący. Idziesz siłując się z podłożem, które spowalnia cię niemiłosiernie. Czasem widzisz jakieś suche krzaczki, dalekie osady. Nie wiesz, czy to fatamorgany, czy prawdziwe zjawiska, które po prostu zawsze są zbyt daleko, by do nich dotrzeć. Idziesz, a wokół zmienia się pogoda i wygląd nieba w czasie każdej doby. Gdy przychodzi noc i robi się tak zimno, skulasz się i przysypujesz piachem. Ostatnio nawet nie pamiętasz dokładnie, kiedy zasypiasz. Wszystko to jeden długi dzień z postojami na drzemki. Czasem drzemiesz idąc, a czasem śpiąc, śnisz tak intensywnie, że mylisz sen z jawą. I szukasz życia. Szukasz tego cholernego życia wokół siebie. Czegoś, co będzie do ciebie bardziej podobne niż piach i wiatr, który go niesie. Raz na kilka miesięcy napotykasz kaktusy, które trzymają pion dzięki resztkom życia. I do tych resztek tulisz się jak szalony! Kolce wbijają się w każdą część twojego ciała. Są tak długie, cienkie i ostre, że mają dostęp niemal do każdej tkanki. Nawet do tych najgłębszych - najistotniejszych dla twojego życia i tych, które się nie regenerują. Boli jak ***, ale tulisz się, bo nie możesz się oderwać. W końcu upływ krwi jest tak intensywny, że odpuszczasz. Odklejasz się od rośliny, jak skóra od rozżarzonej szyby kominka. Wiatr suszy rany, a ty idziesz przez kolejne miesiące z bólem i niewiadomą tęsknotą za kaktusem. Idziesz, grzęźniesz, idziesz, przedzierasz się. Oddychasz przez nos, zaciskając zęby. Zaciskasz je z bólu, a wmawiasz sobie, że chcesz po prostu uniknąć piachu w ustach. Co jest w tym innym życiu, że tak przyciąga. Że tak go potrzebujesz. Czy jesteś wrażliwy, czy masochistyczny? Nie wiesz, ale wiesz, że im dalej idziesz sam, tym bardziej zamazuje się w twej wyobraźni obraz rośliny. Zapominasz, jak to jest mieć życie przy sobie. I znowu coś majaczy w oddali. Może nawet byłaby tam oaza i woda, która może orzeźwić ciało. Omijasz wszystkie oazy, bo przecież pragnienie ciała jest niczym przy pragnieniu duszy. Idziesz, bo w tej monotonii odnajdujesz stabilizację. A może właśnie tak ma być? Może ta droga, ten piach w pod stopami i w zębach, to coś, co ma cię kształtować? Wspomnienie o kaktusie ściska brzuch, ale już tak rzadko, że zaczynasz odzyskiwać spokój. Śmiejesz się z wysuszonych kępek traw i krzaczków, które czasem mijasz. Szydzisz, bo próbują udawać życie, próbują jakoś być. Żałosne to. Są jak ten piach, tylko w innej formie. Idziesz. O zgrozo! Na horyzoncie pojawił się nowy kaktus. Witalny, jak gdyby ogrodnik przylatywał śmigłowcem raz w tygodniu, pokonując tysiące kilometrów, tylko po to, by go podlać. Ma rozmach! Rozsądek każe ci patrzeć w inną stronę. Minąć zieloną kolumnę, jak gdyby była kępą suchej trawy. Za późno. Nawet nie wiesz kiedy całą osobą przylgnąłeś do tego pomnika życia. Uciśnięty w twoich ramionach wypuścił jakieś soki, które są dla ciebie jak ożywczy deszcz. Napój, który dał nadzieję na pełnię. Co ty robisz? Przecież wiesz, jak to się skończy. Dobrze wiesz, do jasnej anielki, jak to się skończy, ale wiem... nie jest to od ciebie zależne. Po prostu twoje serce już bije tylko dla niego. On wbija w nie milion kolców, a ono bije i tak dla niego. Jaki w tym sens? Gdzie jest granica twojej wytrzymałości?
Nie wiem, gdzie zostaniesz. Przy destrukcyjnym drugim życiu, czy przy drodze, która nie ma końca i celu.
Tyle krwi już oddałeś, tyle krwi. A te najgłębsze rany, które bolą permanentnie i najmocniej, zabierają ci chęć życia. Te po pierwszym, drugim i każdym innym życiu.
Może zakop się w piachu na noc, zaśnij, a gdy przyjdzie dzień, nie wychodź. Zakop oczy, uszy, a przede wszystkim, serce. Zakop, bo ono jest zdradzieckie. Bije, byś żył, a prowadzi do tych, co uśmiercają.
Morału nie ma, bo i tak pójdziesz do życia, które przyciągnie cię całego, by twoje wyposażyć w ból. I tak pójdziesz. Tak sobie mówię do siebie...


poniedziałek, 27 maja 2019

Kury i brak lądowiska

Pełne zaufanie tak rzadko się opłaca
Prawie nigdy nie spotyka przystającej odpowiedzi
Pełne zaufanie jest niewidzialne i niedotykalne
Nawet nie wiem kiedy je daję

Nie wiem jakiej dokładnie jest wielkości
Ale wiem że nie mieści się we mnie
Więc choć nie opłaca się go dawać
Ja daję

Daję bo wylewa się ze mnie
I chce wychodzić na wszystkie strony

A co jeśli w którejś z tych stron będzie niewłaściwa osoba
A ile razy już była
I będzie
I choć to wiem dalej daję

Pełne zaufanie mówi nie rozumowi
A serce go nawet nie pyta

Niedopasowanie jest tak wszechobecne
A chęć oddania się  tak obezwładniająca
Że to jest właśnie problem
Ten największy

Kury chcą latać bo mają skrzydła
I będą próbować przez tyle wieków
Aż przechytrzą czas i zmotywują ewolucje

Może nasze serca
Te ludzkie chcące się wyrwać
Pobudzą ewolucję
Może zaczną latać

A gdy zaczną latać
Może wylądują
Na właściwym lądowisku


wtorek, 21 maja 2019

Podwójne uczucia. Wszędzie.



Niewyobrażalne jest to, jakim labiryntem jest się samym dla siebie. Ileż myśli wewnątrz! Uczuć, przekonań, wartości, zawodów, oczekiwań i pragnień. Ileż pragnień, których się nie chce, których się nie rozumie, nie umie zinterpretować. Można tu wypisywać wiele wątków, wiele dróg, które są w nas. Ogromnym labiryntem chodzę w swojej głowie. Codziennie, niezmiennie. Ten labirynt to mój dom. Wydostanę się z niego po śmierci, a na razie chodzę.
Skrajnie dziwne to uczucie. Niby jestem w domu, a bywa tu tak obco. Niby to mój azyl, a trafiam non stop w zakątki, których nie znam. Po raz kolejny staję pod ścianą i, będąc u siebie, nie odnajduję wyjścia. Takie "wtyłzwroty" męczą. Ich powtarzalność, konieczność i nieodwołalność. Pod ścianą przecież umrę z głodu i tęsknoty. Jest to pomysł na szybszą ewakuację, ale przecież to niepoważne.

Chodzę sobie i chodzę. Ściany są kamienne, raczej wysokie. Wyryte na nich dziwne wątki, które nie wiem, kto i po co tworzy.

Tak, ponad wszystko jednak najdziwniejsze to jest uczucie. Codzienne. Obcość u siebie. Jestem taka zmęczona. Nie mogę znaleźć sypialni. Łóżka. Ba! Nie mogę nawet znaleźć fotela, którego oparcie nie powodowałoby skrajnego zgarbienia. Nie umiem czasem znaleźć najmniejszego, twardego stołka, na którym mogłabym przycupnąć. Usiąść i pomyśleć, który korytarz dalej wybrać. Ha, nieraz się zdarza, że wpadam w nieświadome ronda. I tak odnajduję się w tym samym miejscu. Po tygodniu, czy po kilku latach.

Wykorzystuję prawo do bycia zmęczonym. Zagubionym też. I w ogóle, zrezygnowanym. A potem otrzepię kolana i pójdę dalej. Może znajdę jakiś pokój. Może znajdę pokój...


wtorek, 14 maja 2019

Sześć wytopionych trochę świeczek

Odkryto ostatnio, że super- hiper- ultra-biodegradowalne worki foliowe, zakopane w ziemi albo zanurzone w wodzie, zupełnie się nie rozkładają. Wszyscy przewidywali, że odkopane czy wydobyte po kilku latach, będą choć trochę naruszone. Nie były. Mój kartonowy kuferek pewnie już dawno rozpadł się w proch i zmieszał się z ziemią. To nic. Wszystkie przemyślenia, które tam wrzucałam, pozostały we mnie. Chciałabym, by niektóre doświadczenia były bardziej biodegradowalne. Nawet jeśli nie zostały w sferze mojej świadomości, ich echo będzie się roznosiło w kolejnych myślach, sposobie wnioskowania i spostrzegania. Czas płynie, o czym mówię często (i będę mówić), ale sedno duszy pozostaje to samo. Czasem czytam stare posty i, choć śmieję się z ich formy, czerpię z nich wiele.
Od czasu, kiedy zaczęłam dużo dużo myśleć, przeżywać, zastanawiać się nad życiem, obserwować i czuć, minęło już ponad dziesięć lat. I co? I wiem tyle, że warto robić wszystkie te rzeczy. A wtórnie po nich, warto trochę pisać, by dzielić się z innymi. Warto tworzyć wiersze, nawet tak nieudolnie, jak robię to ja. Warto pisać listy. Papierowe listy, w których streszczasz kilka faktów, trochę uczuć i pytań do drugiej osoby. Takich listów, po których odpowiedź dostajesz za kilka tygodni. Takich, o których nie wiesz, czy są odczytane i czy przyjdzie odpowiedź.
Wiecie, co jeszcze warto? Cholernie warto ufać drugiej osobie. Jest to jedna z najtrudniejszych rzeczy w życiu. I choć zawiodłam się sto razy, ten sto pierwszy raz okazał się najlepszą przyjaźnią. Taką, w której tyle samo dajesz, co odbierasz. Warto próbować ciągle i ciągle i ciągle, mimo tego ogromu ran. Warto nigdy nie zapominać o nikim, kto naprawdę był. Pamiętam o każdym, kto jest bliski mojemu sercu. Nawet jeśli myśli, że tylko był. Jeśli był, to znaczy, że nadal jest i zawsze będzie.
Warto mieć tony swojej ukochanej muzyki, a kiedy przyjdzie ochota - słuchać do obrzydzenia jednej i tej samej piosenki. Warto robić coś wbrew sobie, kiedy wiesz, że jest to bardzo wartościowe, a twoje "wbrew" bierze się tylko z lęku lub z lenistwa. Warto planować i zgadzać się na nagłe zmiany planów, które koordynuje Bóg.

Lubię małe podsumowanka. I dzisiejszym będzie to, że stworzyłam egoistycznego bloga dla siebie. Takiego, którego w domyśle nie miały czytać tysiące ludzi. W którym nie godziłam się na reklamy, ani dodatkowe promocje. Pisałam wiele dla siebie, dlatego, że czułam, że i tak nikt niczego nie zrozumie. Mimo to, okazało się, że moje przemyślenia mogą być dla kogoś cenne. Ba! Nieraz wpływały na czyjeś decyzje. Nie wiem, czy to dobrze, ale kocham taką interakcję dusz. Kocham momenty, kiedy ktoś otwiera się na drugą osobę i szczerze powie jej, że jest za coś wdzięczny, że coś mu się podoba, że potrzebuje czegoś, co tworzysz tylko ty. Dzięki temu sama nauczyłam się mówić innym dobre rzeczy. Jak wielką satysfakcję to daje!

O, i jeszcze warto wymyślać głupie albo proste i banalne piosenki w środku nocy. Szczególnie te, które nigdy nie ujrzą światła dziennego.

A najbardziej to warto kochać, nawet jeśli nie umie się kochać tych, których by się chciało. Warto próbować wtedy na inny sposób. I nawet jeśli nie dostaje się miłości w zamian. I tak warto.

***
Internet rozłożył ramiona
Zagarnął lud i zarządził bliskość

Okazało się, że bywa sztuczna
Wygrali więc ci, którzy rozpoznali jak jej używać
Przegrali, którzy łamiąc karki od pochylania
Zaplątali wzrok i zgubili serce

Ich głowy poturlały się po podłodze metra
Po instagramowych łąkach
A serca nauczyły się najmocniej bić tylko na odległość

A potem okazało się, jak cenni są ci
Którzy siedzą w fotelu obok
Na najodleglejszym kontynencie

Daj im lajka



***






piątek, 10 maja 2019

***

Ukryłeś się za drzewem
To nie znaczy
Że nie widzę

Trzyletni dąb jest cienki
Kołysze nim wiatr
A ty tak nieruchomo
Za nim

Wiatr jeszcze zapach niesie
I w moją stronę wieje
Od ciebie

I nawet para ze stawu
Nie przesłania całości
Jak mleczne szkło
Zdradza zarys

A samochody gdy przejeżdżają
Przejeżdżają
I znikają
Nadal widzę

Wszystko takie ruchome
Przy tobie
A ja nie mam pewności
Kim jesteś

No rusz się!
Wyjdź i głośno powiedz swoje imię
Albo schowaj się
Skutecznie.



wtorek, 7 maja 2019

Pociąg myśli i pociąg do myśli

Pewien kompozytor zauważył, że nasze życie jest jak jadący pociąg. A w nim płynące jednostajnie myśli, ich cykl. Płyną raz szybciej, raz wolniej. Różne mamy widoki za oknem, różnych współpasażerów. Nawet kierunki czasem się zmieniają. Ciekawe są stacje, bo czasem pociąg zatrzyma się na krótki momencik, drzwi otworzą się i za moment zamkną, dlatego, że nikogo nie było na peronie. Na innych stacjach sporo osób wysiada i wsiadają nowi, do których niekiedy tak trudno się przyzwyczaić. Niektórzy mają w sobie coś intrygującego, co chce się opisać w swoim podręcznym notesiku. Chcę się, lecz się nie umie, bo przecież nie ma w naszym języku słów, które pasują odpowiednio do wszystkich wrażeń i myśli. Nie raz dostaje się mandat za brak biletu. Zdarzają się opóźnienia i odwołane kursy, ale to tylko chwilowe zakłócenia. Przecież i tak za moment pojedziemy dalej. Wiosna jest ciekawym czasem, bo mija się zażółcone rzepakiem pola, a przy stacjach ogląda rozkwitnięte, jeszcze nietknięte chorobą kasztany. Niektórzy rozmawiają o maturze, która tak mocno trwa. Mocno tak, że wydrąża stanowcze piętno we wspomnieniowej części mózgu. Inni już o niej nie pamiętają, bo są w innych przełomowych momentach. Nie powiem, od czasu do czasu urywa się film i przegapia się niektóre stacje. O widokach nie wspomnę. Zdarza się też zasnąć na ramieniu obcego człowieka i wcale nie jest nam z tym źle. Ha, bywają też dni, kiedy kładzie się brudne buty z pełną premedytacją na siedzenie naprzeciwko, a zużytą gumę przykleja pod fotel. A co!
Można zauważyć, że banalna to metafora, ten pociąg. Lecz cóż, wybitnie pasuje.

Dziwne to uczucie, gdy widzisz na horyzoncie ostry zakręt i nie masz pojęcia, dokąd pojedziesz dalej. To mieszanka ekscytacji i lęku, niecierpliwości i radości, bo przecież ten zakręt to znak rychłego rozbicia monotonii. A gdy ma się już wiele zakrętów za sobą, nagle każdy kolejny staje się jakby obojętny, a informacja o nim przyjęta przez nasz wzrok, w mózgu nie powoduje wzburzenia. Nagle okazuje się, że wszystkie zakręty są elementem monotonii. Nawet ludzie wymieniający się na stacjach. Także ci, na których ramieniu spałeś przypadkiem lub wręcz przeciwnie. Zepsuta klimatyzacja czy jej brak latem, długi odcinek w nieoświetlonym tunelu i problemy techniczne tablicy informującej o stacjach. Braki żywności w wagonie restauracyjnym, czy gumy do żucia zostawione przez innych na podłokietniku. I choć tyle już było tej wzburzonej krwi, i choć przychodzi, choć o wiele rzadziej, nowa, i choć jedziemy przed siebie, jakoś wszystko nagle jest powszednie. Przed sobą w siatce na oparciu fotela mam jakiś magazyn informacyjny, obok niego plotkarski. Wszystko tak ekscytująco codzienne. Śmierć, zdrada, niewola, niesprawiedliwość, wielkie szczęście, nagła wygrana, nadzwyczajne piękno, zmiany w prawie, wyższe podatki i obietnice wyborcze. Świeżo zmutowane dziecko, które nie ma prawa zachorować i to nieszczepione, które przecież też nie miało tego prawa. I znowu zaskoczenie. A potem inny skandal i kolejna wygrana, która ma wzbudzać zazdrość. Narodziny potomka królewskiego i śmierć wielu nieważnych ludzi. Ilu ich było? Cóż.
Nie dziwi też śnieg latem i burza zimą. Nie dziwi, że boli kręgosłup po niezaplanowanej drzemce w pozycji pijącej żyrafy.
I tak jedziemy, jedziemy.
I nie wiem, dokąd jadę i mało mnie już obchodzi.

I powiedzcie, co w tym wszystkim jest, że przychodzi jednak nowe zdziwienie, ekscytacja i chęć. I nagle znowu pojawia się ktoś, na którego ramieniu chce się przypadkiem zasnąć. Dlaczego w tym mule przyzwyczajeń nagle gaszę światło lewą ręką. Z którego otworu w ścianie wylatują przełamania schematów i te szybkie cięcia stereotypów. Nawet, gdy nie chce się już rozmawiać, będąc znużonym podróżą, dlaczego tak dobrze milczy się z niektórymi. Skąd biorą się te wspaniałe dni, w których nie dzieje się nic wspaniałego, a wciąż są wspaniałe. Skąd bierze się ta chęć i siły do pracy, by opłacać nowe bilety? Ciekawi mnie to i głęboko intryguje. Jadę jakimś pociągiem życiowej hipokryzji, która, bez wątpienia, cholernie przyciąga. Momentami. Krótkimi momentami, ale przyciąga.

Czasem myślę... nie. Często myślę, dokąd, z kim i w jakim stanie dojadę. Na razie jadę.


Orkiestra nurtu rzecznego

Czas to z jednej strony coś niewidzialnego i nieuchwytnego, coś co mogłoby stanowić definicję abstrakcji i antonim namacalności. To coś, co ...