poniedziałek, 12 marca 2018

Sentyment do nowotworu

Gdyby potrafił tylko uśmiercić swoje słabości...
Gdyby dało się zabić to, co jest jego, a on wie, że do niego nie pasuje, że nie chce się z tym utożsamiać?
A gdyby tylko wyciągnął wybiórczo te cechy, które go brzydzą, których się wstydzi, których nie lubi?
Gdyby mógł wyrwać to wszystko, zmiażdżyć, podpalić, zdeptać jeszcze sam popiół i zamknąć w metalowej skrzyni. Zamknąć, a kłódkę wyrzucić do oceanu. Nie podpisywać jej.
Gdyby taką skrzynię zakopał pod ziemią, co napisałby na nagrobku?

"Tu spoczywa zbędna część mnie."

Przychodziłby na cmentarz. Przychodziłby, jak do najbliższej rodziny.
Nieskazitelny on przychodziłby, bo miałby sentyment.
Coś ciągnęłoby go do jego martwej chorobliwej nieśmiałości, której dopiero co uciął głowę. Ciągnęłoby go do jego nałogów i lenistwa. Odwiedzałby swój brak stanowczości i interesowność. Stawiałby kwiaty na grobie pychy. Paliłby znicz u słabej woli i kłamliwości. Pochylałby głowę nad niezdecydowaniem i użalaniem się nad sobą.

Brzegi rany, która została w nim po wyrwaniu tego wszystkiego, zostały zakażone.
Zostały zakażone tą właśnie ludzką substancją, która ciągnie do zła.
I nigdy nie będzie nieskazitelny. Nigdy nie będzie taki, jakim chciałby być, bo nawet jeśli wytnie cały guz, on będzie odrastał. Odrost będzie tęsknił za "zbędną częścią mnie". Będzie wzywał.

Skomplikowany ten człowiek.


 

niedziela, 4 marca 2018

Dojrzały?

Można tak rozmyślać nad dojrzałością, jak nad bytem niematerialnym, który się nagle osiąga i na stałe posiada. Można też przyjąć, że to proces, którego celem jest jego istnienie samo w sobie. Z jednej strony, wszyscy jesteśmy objęci tym procesem, niezależnie od woli. Rodzimy się i wpadamy w niego, nie mając odwrotu. Jakby moment narodzin był dla nas przejściem przez portal mający zastawkę, która nie pozwala wrócić. Jesteśmy już tutaj, na świecie i poczuliśmy smak wzrastania. Fizycznego, psychicznego, duchowego i każdego innego, jakie może istnieć. Czy mimo to, dostając coraz to nowe bodźce, chcemy je przyjmować i przetwarzać? Czy chcemy potem osiągać z nich korzyść w postaci wniosków?
Do pewnego momentu życia nie działaliśmy zgodnie ze swoją wolą. Byliśmy podporządkowani rodzicom i wszystkim/wszystkiemu, co nas otaczało. Potem ciekawość trzylatka pchała nas ku poznawaniu i doznawaniu, aż tu nagle, nastał moment, kiedy zauważyliśmy pewną zależność Małego Księcia: jesteś odpowiedzialny za to, co oswoiłeś.
I BUM!
Ja nie chcę! Boję się! Wolę, by inni zrobili to za mnie!

Nie wiem. Nie wiem, gdzie jest granica dojrzewania, i czy w ogóle taka istnieje. Można dojrzewać w tak wielu sferach. By to zrobić, najpierw musimy w tę sferę wejść. Poznajemy ją zazwyczaj nieświadomie, by potem móc wiedzieć coraz więcej, zagłębiać się i próbować samego siebie. Ile razy muszę nadepnąć mojemu psu na ogon, by się zdenerwował? Po próbach wiem, że potrzeba było siedmiu razy. Jestem dojrzały w tej dziedzinie! Aż tu nagle okazuje się, że na świecie jest więcej psów.

Na uniwersytecie powtarzają często, że dla nauczycieli celem wychowawczym jest doprowadzenie delikwenta do stanu pod tytułem: "wiem, że nic nie wiem". I to jest moja definicja dojrzałości.
Potrzeba ciągłego wzrastania.
Tu mowa akurat o świecie nauki, ale przecież każdy świat jest światem nauki.
Świat zmysłów, uczuć, relacji - wszystko to nauka, tylko czasem tak wysoka, że poprzez swoją nieuchwytność i niedefiniowalność została przez człowieka uznana za nienaukowy komponent życia.

Wszędzie, w każdym położeniu, świadomość swojej małości pośród ogromu jest kluczem. Dojrzałym jest człowiek, który wie, że nie osiągnie dojrzałości np. w wierze tu, na ziemi. Wie, że nie może wszystkiego. Wie, że nawet jeśli może wiele, to nie wszystko przynosi korzyść. W efekcie, próbuje, ale ostrożnie, przezornie, odpowiedzialnie.

Pięknym i potrzebnym zjawiskiem jest nasze istnienie w pajęczynie międzyludzkiej, która, chcąc nie chcąc, żyje, a więc wpadła już w proces dojrzewania. Nieskończona różnorodność ludzi sprawia, że każdy pociąga innych ku innemu rodzajowi dojrzałości. Jakąż wielką nadzieję na przyszłość niesie ten fakt! Będzie jeszcze bardziej różnorodnie, jeszcze wyżej się wzniesiemy. Jak skutecznie uczy to pokory i chroni przed egocentryzmem. Jak bardzo pokazuje każdemu, że jest potrzebny.
Pamiętajmy jednak, że chodzi tylko o pajęczynę, którą wije Ktoś Trzeci - Pan Bóg. Czy chcemy, czy nie. Tak, to tylko pajęczyna, a nie wieża Babel. Spróbujmy tylko ją budować, a popiszemy się skrajną niedojrzałością.

Jak pomóc tym, którzy są wokół mnie w pajęczynie?
Po pierwsze, najpierw sama muszę poddać się wyżej opisywanemu procesowi, by wzrastać i żyć coraz bardziej świadomie. A potem?
A co robię, bo dojrzały pomidory?
Daję im CZAS i WARUNKI - słońce, wodę, ciepło.
Jaki skutek przyniesie stanięcie nad nimi i krzyczenie z góry, by dorosły?


Zatem, czym jest ta dojrzałość?
Chyba jednak procesem, jedynym sensownym na tej ziemi. Czymże jednak byłby proces bez celu? Cel, choć nieosiągalny tutaj, dobrze, by przyświecał każdemu. Tu kluczowa jest perspektywa życia wiecznego.


***
Przyszedł taki moment, gdy pewnie stanęła na nogach.
Pomyślała, że to już ten moment;
Że rozpoczyna się czas, gdy jest prawowitym mieszkańcem ziemi.
Już teraz wie, jak trzeba żyć.
Rozróżnia, co jest dobre, a co złe.
Znalazła cel, obrała azymut. Idzie.
Przebiegle ustaliła plan B i C, a nawet cały alfabet planów.
Wiedziała, jak trzeba rozmawiać z ludźmi.
Wiedziała, kim jest dziecko, kim starzec.
Kiedy wiedziała już wszystko i szła tak żwawo, poczuła, że jest tu sama.
Dostrzegła, że wszystko, co osiągnęła funkcjonuje tylko w jej świecie.
Jaki on okazał się wąski i samotny!
Jak dojrzale bezsensowny...


 





środa, 28 lutego 2018

Nikło i nie na długo

Czasami tak jest, że maleńki fragment rośliny włożony do kilku kropel wody, wypuszcza korzenie. Wystarczy kilka kropel w starym kieliszeczku na parapecie. Dwa promienie słońca.
Wystarczy tak niewiele. Niewiele, by żyć.
Niektóre z tych ukorzenionych łodyżek, włożone do ziemi - przyjmują się i żyją tam w pełni. Przyjmują się na ziemi. Zapuszczają potężne korzenie, rozwijają łodygę lub pień, a z nich wielkie liście, którymi chłoną promienie. Potem tworzą ogród lub las. Żyjąc wspólnie, chronią się nawzajem.
Ich istnienie bywa długie. Drzewa takie mogą być starsze niż najsędziwsze żółwie.

Nie jestem drzewem.
Nie przyjęłam się w ziemi.
Nie przyjęłam się na ziemi,
Ale żyję.
Sama,
Bo tylko tak potrafię,
W płytkiej wodzie.
Przez chwilę,
Prawie bez korzeni,
W płytkiej wodzie.
I wiem, że te dwa promienie słońca są dla mnie.
Tylko i aż tyle tutaj mam.

Gdy je złapię, zaczekam jeszcze na noc, na najpiękniejsze niebo.
Jedna taka noc mi wystarczy.
Już nie będzie ważne, jak długo wytrzymam.
Ważne, że tam będę. Będę.




piątek, 23 lutego 2018

Fajki pod korpo

Pod każdymi obrotowymi drzwiami. Wyspa lub kilka mniejszych.
Mniejszych rywalizujących.
Dym w pośpiechu przełykany z mrozem.
Wmówione sobie działanie uspokajające.
Rozmowy o wszystkim, czyli niczym z bliskimi - obcymi.
Mroźny dym przyprawiony głosem.

I dryfują te wyspy na szerokich chodnikach pod korpo.
W nadwyżce naciąganych przerw.
I zachłystują się dymem przesuszone biurowe gardła.
A on zagęszcza powietrze w dociśniętych do przepony płucach.

Nad wyspami w dymie zawieszone dedlajny.
Odraczane zaciąganiem.
Wyspy otoczone tłumem istot nieznających przecież życia.
Karty, by wejść, karty, by żyć. Każdy własnym korpohazardem.

Windą na dół, by przycumować.
Choćby raz na jakiś czas.
Przycumować, by zdrowo odpocząć wśród przyjaciół.


A nocą?
Wysypy nadgryzionych petów zbiera tłum nieznający przecież życia.
A w mieszkankach nocny dym i szczękościsk na poduszkach.
Samotny.






sobota, 17 lutego 2018

Samotność Syzyfa

To taki dziwny mechanizm, którego nigdy nie da się złożyć w jedną całość. Kiedy staram się doczepić głowę do pajacyka, odpada ręka. Przyczepiam rękę, odpada noga.
Tak to właśnie wygląda. Tak myślę o swoim życiu.
Wszystko jest ważne. Ci ludzie wokół i tamci też. Za każdym tęsknię, z każdym chcę być.
Studia są ważne i praca. I sen, jedzenie. Dojazdy, zakupy, spotkania i przygotowanie do nich. Dom i drugi dom. Wszystko jest ważne. Jakoś po równo.
Nie umiem tego łączyć. Nigdy nie umiałam.
Nie umiem angażować się częściowo. We wszystko wchodzę zbyt szybko, zbyt mocno, zbyt całościowo. Do każdego przywiązuję się jak dziecko.
Nie, nie nauczę się tego obsługiwać. Nie nauczę się już nigdy.

Przeraża to, jak wiele jest możliwie najbardziej prozaicznych rzeczy, których nie umiem ogarnąć. Nie umiem praktykować.
Czasem chciałabym usiąść i po prostu patrzeć. Niech to wszystko samo się odbywa, bo treść, ostatecznie, nie jest taka zła. Przeciętna, jak każdego grzesznika. Proszę jednak, proszę, niech ktoś inny to łączy. Niech ktoś inny kładzie akcenty.

Pamiętam uczucie z dzieciństwa, które towarzyszyło mi w wielu miejscach i sytuacjach. W nieznanym mieście, w wielkim sklepie. Nie wiem, gdzie jestem i dokąd mam iść, panicznie boję się zostać sama. Nie znam kierunków, a nawet jeśli znam, to nic mi one nie mówią.
Wtedy jeszcze myślałam, że dorośli wiedzą wszystko. Teraz wiem, że nie. Wiem też, że dalej stoję w tym supermarkecie, tyle, że jest on nieskończenie większy, wielobranżowy i całodobowy.

W momentach, kiedy zupełnie nic się nie składa, moje wewnętrzne "ja" staje, rozgląda się i myśli: no tak. Przeczekam. Nie wiem, co się dzieje, nie wiem, co jest dobre, nie wiem, co jest złe, nie wiem, co robić. Nie wiem, kto ma jakie zamiary i do czego zmierza.
I tak naprawdę, zbyt często zdarzają się takie momenty.

Czy ludzie wokół mnie udają swoje opanowanie, rozwagę i to, że wiedzą, co robić, czy może naprawdę to potrafią, a ja wciąż się gubię?
Przeraża mnie samotność w tej bańce zagubienia, w której chodzę już tyle lat.
Przeraża mnie to, że wszystko mnie przeraża. To, że są wokół osoby, które bez nawigacji potrafią chodzić i stawiają przy tym pewne kroki.

Być może życie polega na tym, by łapać ciągle wszystkie odpadające kończyny i łączyć je z korpusem, nawet jeśli to syzyfowa praca?
Samotność Syzyfa uderza wyjątkowo.






poniedziałek, 12 lutego 2018

Niewyobrażalny nadmiar porcelany

To niezależne od miejsca, w którym się znajduję. Niezależne od czasu.
Mam 250 cm wzrostu, ważę 300 kg.
Jestem słoniem w składzie porcelany.
Na co dzień.

Boję się oddychać, bo mogę coś zbić.
Mogę coś zrzucić, w coś uderzyć.

Wszystko i wszyscy wokół mnie są porcelanowi, a ja idę i strącam.
Nie wiem, jaką przyjmować postawę, w jaki sposób nabierać powietrza.
Potem - jak je wydychać i w którą stronę.

Nie wiem, jak, i co mówić, bo moje słowa, to też słonie.

Cała porcelanowa rzeczywistość wymaga ode mnie zbyt wielkiego wyczucia, ostrożności, uwagi.
Nie umiem być zgrabna w tym składzie, nie umiem też się nie ruszać.
Chociaż, może powinnam...


Nie żyć, czy zostawiać za sobą ślad potłuczonych fragmentów - fragmentów wszystkiego?


 

niedziela, 4 lutego 2018

Ptasia grawitacja

To tak, jakby powiedzieć ptakom, że nie da się latać, bo na ziemi działa grawitacja.
Ciekawe, czy latałyby, gdyby o tym wiedziały?
Mając te same warunki, czy latałyby ze świadomością grawitacji?
Pewnie nigdy by nie spróbowały.

Czasem lepiej nie wiedzieć.
Tak myślę.
Myślę dziś o tym, że powinnam polubić szmat niewiedzy, z którym muszę dożyć ostatnich dni.
Trzeba polubić swoje ograniczenia, by maniakalnie nie padać na kolana przed bożkami pseudowszechstronności, pseudowszechwiedzy i pseudozrozumienia.

Lubię też czasami zapomnieć o tym, że uczucia nie są budulcem życia. Że nie można stawiać na emocje.
Wiem wiem, że są ulotne, złudne, nierozsądne.
Co z tego, kiedy rodzą się tak mnogo i zrodzone napędzają do życia, pozwalają rano wstać?
Kiedy nie umiem z nich zrezygnować, a choćbym nawet chciała, nie mogę.
Nie jestem w stanie oderwać sobie nogi, wyrwać wątroby czy serca.
Nie umiem zmienić rysów twarzy, kształtu nadgarstków czy własnego wzrostu.

Co mogę zrobić, żeby przestać czuć?
Żeby przestać przywiązywać się do ludzi?
Żeby wreszcie przestać pokładać w nich tyle nadziei i ufności?
Jak to z siebie wyrwać?
Ktoś wytatuował to wszystko na tożsamości i, choć da się pracować nad charakterem, nad pewnymi cechami nie ma co nawet się pochylać.

Nauczyć się z tym żyć?
Jak?

Wszystko jest jednym wielkim paradoksem.
By utrzymać się przy życiu, trzeba wypełniać starannie tak wiele czynności. Tych przyziemnych. Tych fizjologicznych - bo tego wymaga ciało.
Tych intelektualnych - bo coś do tego ciągnie, a poza tym - jak to tak, nie rozwijać się?
Tych materialnych - bo z czegoś trzeba żyć, mieć z czego zapłacić za jedzenie, dom i wodę.

Jednocześnie, wszystko to bez uczuć, bez piękna jest czerstwe. Nudne.
Doprowadzające do obłędu!

Nie wolno budować niczego na emocjach, na uczuciach, bo można szybko spaść na ziemię.
Chociaż...
Ptaki nie wiedzą o grawitacji.


Niby bez celu nie chce się lecieć. Bo jaki jest sens? Sam cel jednak nie wystarczy do latania.
Cóż z tego, że osiągnę go po przebytej drodze, przez którą pełzałam zdzierając skórę do krwi?
Jaka będę, gdy dotrę do celu? Pełna wiatru we włosach, czy pełna błota wylewającego się z ust?
Ptaki, chociaż potrafią chodzić, latają. Latają, chociaż powietrze na pierwszy rzut oka nie nadaje się do podtrzymania całego "ja".

Tak. Nie trzeba wiedzieć wszystkiego. Nie trzeba wszystkiego z siebie wydzierać. Nie trzeba wierzyć w grawitację.




środa, 3 stycznia 2018

Tubylcy mrożącej obczyzny

To ciekawe, bo przecież tak dobrze się znamy. Sposób bycia, krzywiznę uśmiechu. Wiemy mniej więcej, czym się zajmujemy, gdzie mieszkamy. Wiemy, że lubimy chodzić w luźnych ciuchach, albo zgrabnych spódniczkach. Wiemy też, że czasem zdarza nam się obrazić, i że nie zawsze chce nam się gadać.
Guzik wiemy.

Razi mnie, ciekawi i zastanawia to, co obserwuję, To, co powszechnie widzę, czego doświadczam.
W mieście i na wsi. W pracy i na uczelni. Na bardzo nieoficjalnych, przyjacielskich spotkaniach. We wspólnocie. W rodzinach. WSZĘDZIE.

Ludzie! Jak bardzo my się nie znamy!
Jest mi niedobrze, kiedy widzę tę ogromną powierzchowność!

To, co teraz tutaj pisze, jest dla mnie bardzo ważne. Codzienne.
Nie mogę zrozumieć ludzi.
Jesteśmy w błędnym kole. W kole, które sami napędzamy.

NIE ZNAMY INNYCH I NIE DAJEMY SIĘ POZNAĆ.

Nie znają się przyjaciele, nie znają się małżonkowie. Nie znają się wzajemnie bliskie sobie osoby. Pomijam tu sąsiadów, oficjalne stosunki międzyludzkie, bo tam wchodzenie w swoje tożsamości nie jest wymagane. W niektórych sytuacjach jest wręcz niestosowne.

Patrzę teraz na wszystkie najbliższe znajomości.
Nienawidzę uczucia, gdy znając kogoś od dłuższego czasu, wciąż nie wiem, z kim rozmawiam.
Chłopak wyrzuca dziewczynie, że nie jest nim zainteresowana, chociaż on tak się stara. Jak się stara? Dziewczyna nie może prawdziwie pokochać kogoś, kogo nie zna.
Tylko pustym osobom wystarcza częste spotykanie się, kwiatki "bo trzeba" i jakieś puste zainteresowanie.
Wiedz, z kim spędzasz czas! Najpierw jednak - dowiedz się kim sam jesteś!

To jest sedno.
Nie można być blisko z drugą osobą, nie znając siebie.
Kiedy znasz siebie, masz życie wewnętrznie, przeżywasz wszystko głęboko - wiesz, jak poznawać drugą osobę, na co zwracać uwagę, o co pytać, o czym rozmawiać.

Wiecie co? Nie potrafię zbliżyć się do drugiej osoby, która myśli, że wie kim jestem, a ja wiem, że ona nie ma o mnie pojęcia. Kiedy widzę, że wcale nie chce mnie poznać, a co ważniejsze - nie daje poznać siebie.
Nie ufam ludziom, którzy, będąc już w bliskiej relacji, nigdy nic o sobie nie mówią. Którzy, nie mają przemyśleń, którzy nie potrafią się niczym podzielić. Nie lubię nie znać czyjejś wrażliwości.

A właśnie! WRAŻLIWOŚĆ.
Nam, ludziom wrażliwym, jeszcze trudniej rozmawia się z kamieniami. Paradoksalnie, sami się nimi stajemy, bo przecież nie wypada tak wszystkiego przeżywać, a co dopiero o tym gadać.
Czasem myślę, ilu wokół mnie ludzi, którzy mogliby podzielić się nieopisanym pięknem, ale nie robią tego, bo się boją, bo myślą, że nie mieliby odbiorców, że zostaliby wyśmiani, bo nie ma czasu, bo nie ma okazji, bo wszystko w pośpiechu, ciągle oficjalnie. Może warto takie sytuacje inicjować, stwarzać je...

I żyje się tak, na jedno cześć i jeden uśmiech z obcymi. I czyta nagłówki o samotności, o nawale samobójstw, o nieumiejętności rozmowy i rekordach depresji. Jesteśmy wśród tylu ludzi na dnie osamotnienia.

A tak uwielbiam zakochiwać się w czyjejś duszy. W czyimś myśleniu, wrażliwości. W tym, co mówi. W tym, jak to wyraża i w jakich momentach to robi. W tym, jak decyduje i czym żyje.
Uwielbiam zakochiwać się w ludziach z charakterem, z własnym ja. Uwielbiam kochać osobowości. Odkrywać je. Jedną z moich największych pasji jest odkrywanie tych osobowości. Doceniam wszystkie szczegóły w sposobie bycia, w podejściu, w reagowaniu, w odczuwaniu rzeczywistości.

Często obserwuję chłopaków, którzy chodzą zawiedzeni, bo dziewczyna nie chce z nimi być, nie jest nimi zainteresowana. Najczęściej jest tak, że ona nie wie, kto chce z nią być.
Wszyscy chodzą opakowani w swoje ciała, które teraz wyglądają tak, a za 40 lat będą wyglądały zupełnie inaczej. I co z tych ciał?
Jesteś miły i kulturalny? To dużo mówi, lecz cóż z tego? Masz pasję? Co z tego, jeśli ktoś nie wie, jak nią żyjesz, co ci daje, czym dla ciebie jest? Tyle przeżyłeś w życiu, masz swoje poglądy, wartości. Co z nich, skoro sam dla siebie nie potrafisz ich zwerbalizować. Często nawet sobie ich nie uświadamiasz. Kim jesteś? Momentami sam nie wiesz. Ciągle się wycofujesz.
Nie dość, że jesteś opakowany w ciało, jak każdy, bo to wynika z bycia człowiekiem, pakujesz się jeszcze w pozory, w maski. Pchasz się na siłę w kąty, unikasz rozmów.
Unikasz, bo nikt nie chce słuchać. Nikogo nie interesuje kim jesteś.

Fajna sąsiadka - bo cicha.
Niezła dziewczyna - bo atrakcyjna.
Wspaniała kobieta - bo własnymi siłami dotarła do wysokiego stanowiska.
Cudowny facet - bo taki wykształcony i chyba ma poczucie humoru.
Fajna babcia - bo czasem rzuci pięć dych.
Kochana koleżanka - bo raz na jakiś czas udaje, że interesuje ją, co u mnie.
Dobra siostra - bo pożycza ciuchy.

Tak naprawdę nie wiesz, o kim mówisz.


Tak bardzo chciałabym otoczyć się prawdziwymi ludźmi. Takimi, którzy nie boją się tego, kim są. Kiedyś tak było. W piaskownicy. Na placu zabaw.
Ja chcę znowu do piaskownicy.

Chcę prawdziwie kochać - prawdziwych ludzi.
Dzielić się przeżyciami - ubogacając się czyimiś.
Zachwycić się kimś, kto pozwoli się poznać.

Co jest piękne? Piękne jest to, że takie osoby są.
Umiem się zakochać, bo zakochałam się w wielu osobowościach. W kilku najbardziej. Będę je kochała już na zawsze, bo taka jest miłość. Mogą nawet o tym nie wiedzieć, ważne, że wiem ja.
Wtedy aż chce się żyć. Widzi się, że słowa o pięknie świata nie są tylko idyllicznym marzeniem.
Zakocham się jeszcze w wielu, ale tylko wtedy, gdy zachwyci mnie ich treść.
Tylko wtedy, gdy ktoś da mi kluczyk.
Znudziły mnie okładki.

Wkurzają mnie okładki.

***
Nigdy nie chodzi o to, by być wylewnym i jednocześnie wścibskim wobec każdego. Jak we wszystkim w życiu, liczy się wyczucie. Indywidualne podejście. Nie każdy zostanie przyjacielem każdego i nie zawsze ludzie będą do siebie pasować, ale warto otwierać wiele okładek, by przekonać się, która treść do nas pasuje i do której pasujemy my. Najpiękniejszą formą miłości jest czysta, bezinteresowna przyjaźń, ale przecież... co ja się będę narzucać... Nie narzucaj się nigdy. Umrzesz na samotność.



piątek, 29 grudnia 2017

Waga urodzeniowa

Północ. Poświata choinek w pięciowiecznym drewnianym kościele. Jeszcze ciemno. Początek pasterki. Każdy śpiący po wigilii. Półmrok sprzyja ziewaniu, pełny brzuch - senności. Każdy jednak cieszy się na swój sposób. Jedni ze spotkań rodzinnych, inni z tego właśnie pełnego brzucha. Część wiernych próbuje jednak, nieudolnie - bo po ludzku, cieszyć się przyjściem Jezusa Chrystusa. Patrzą na drewnianą szopkę, na figurkę małego Jezuska, którą kapłan zdążył przenieść przez całą długość kościoła w świątecznej procesji. Jednym miło na myśl o bajce o Maryjce, Józefku i Jezusku, bo opowieść tę znają od najmłodszych lat. Przypomina im się dzieciństwo. Czekali cały adwent. Codziennie zjadali jedną czekoladkę z adwentowego kalendarza, zbierali obrazki na roratach.
Miło tak wyrwać się z tej codzienności do tych przytulnych wspomnień. Uśmiechnąć się tak pod nosem, czasem pod wąsem, by przypadkiem nikt nie zauważył.
Inni, wszedłszy wcześniej bardziej świadomie w istotę adwentu, próbują powitać Jezusa, który przychodzi też dzisiaj. Przychodzi - cokolwiek to znaczy.
Czczą Go jako Dziecię, czczą Go jako teraz obecnego wśród nas, czekają na powtórne przyjście. Kilkoro z nich może naprawdę chciałoby, by paruzja nastąpiła teraz. Większość o tym nie myśli, a ci, którzy myślą - boją się. Boimy się, bo każdy bałby się złodzieja. Jezus nie będzie dla nas jak złodziej, którego się boimy, tylko wtedy, gdy będziemy Go znać. Nie balibyśmy się, gdybyśmy czekali na Kogoś, kogo znamy, kochamy. Za kim tęsknimy.
Ilu z nas tam tak czekało?

Tak głośno wybrzmiało "Chwała na wysokości Bogu", świątynia rozbłysła światłami, a my nadal w większości uśmiechamy się do drewnianej figurki bobasa. Czekamy trochę na sen, bo dzień przygotowań dał w kość niejednemu. Im żwawiej osoba obok śpiewa kolędy, tym bardziej chce nam się śpiewać. Śpiewamy z uniesieniem. Ciekawe, czy wszyscy mają w intencji uwielbienie Przychodzącego. Ciekawe, ilu z nas ma w sobie krztę autentycznej wdzięczności za to, że kiedyś przyszedł.
Uśmiechamy się do figurki.

Homilia. Ksiądz Proboszcz skończywszy czytanie Ewangelii, staje przed nami. Musi coś powiedzieć. Słowa Ewangelii opowiedziały historię, której mało kto słuchał. Przecież wszyscy to znamy od tylu lat. Trochę śpimy. Nadal uśmiechamy się do figurki. Pięknie, naprawdę pięknie przystrojona w tym roku nasza świątynia. Jest przytulnie i odświętnie. Cóż, ksiądz już mówi. Chcę słuchać. Ciekawi nas, co On może dopowiedzieć do tych wszystkich treści, które otaczają nas w ostatnie dni. Co powie? - że żłóbek, że uniżenie, że cud przyjścia, że początek dzieła zbawienia, że pokora, że Bóg - Człowiek, że odwaga Józefa, że oddanie Maryi, że trudne warunki, że podziw, że dziękczynienie. Wszystko to pewnie powie. Padnie pewnie też jakiś slogan o narodzeniu w naszym życiu, dzisiaj. Pójdziemy potem do domu, bo jutro przecież trzeba siedzieć przy stole pełnym przysmaków i świętować. Świętować rozmowy o polityce, świętować nadmiar jedzenia i czasem fałszywą uprzejmość.

Nie. Ksiądz w tym roku postanowił postawić nas przed życiowymi faktami.
Jakieś przebudzenie.
Nie mówił o historycznym Jezusie. Mówił o Dziecku.

Mówił, że największe zmiany i dojrzałość w życiu człowieka przychodzą wtedy, gdy pojawia się dziecko.
Jesteśmy gośćmi, odwiedzamy świeżo upieczonych rodziców. Uśmiechamy się do żywej figurki, gratulujemy, nawet szczerze się cieszymy i wychodzimy. Mamy przecież swoje sprawy i swoje życie.
A co wtedy, gdy dziecko jest nasze?
Pierwsze chwile w szpitalu cieszą. Przygotowania napawały optymizmem.
Narodziny kończą się w końcu, a pierwsze dni życia są tylko pierwszymi dniami. Spośród wielu.

Pytał: "czy przyjmujesz Dziecko?".
Z całą jego wagą urodzeniową. Z tym, że będzie potrzebowało twojego CZASU, UWAGI i ODDANIA już do końca twojego życia.
Idziesz do pracy, wiesz, że masz dziecko. Idziesz na uczelnię, wiesz,że masz dziecko. Budzisz się w środku nocy, wiesz, że masz dziecko, a śpiąc nawet, śpisz jakoś mniej głęboko, bo świadomość o twojej odpowiedzialności napawa cię drżeniem.
Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu?

Czy w to Boże Narodzenie przyjmujesz Dziecko?
Krzyczysz: przyjdź Panie Jezu!
Chcesz tego?
Kiedy przyjdzie, będziesz musiał Go wziąć na ręce i iść wszędzie tam, gdzie dotąd chodziłeś.
Do tych samym toksycznych środowisk, do tych samych tłocznych miejsc.

Mała figurka, w którą tak się zapatrzyłam, nie jest żadną figurką.
Jest Dzieckiem, które narodziło się nie bez powodu. Co więcej, jeśli by się nie narodziło, sama bym nie żyła.
Dziecko to waży wiele. Dzisiaj jakoś jeszcze więcej.

Nie widzę już choinek. Nie patrzę już nawet na figurkę.
Czuję, że dzisiaj, tutaj, teraz, przyszłam, by wziąć na ręce Dziecko.
Czystą, szczerą Miłość, która wiele waży, a bez której nie można żyć.
Oplata szyję swoimi Najświętszymi Rączkami, a mi miękną nogi.
Czy ja chcę Je ze sobą zabrać?
Czy umiem odpowiedzieć Mu na Jego miłość?
Czy potrafię tak bardzo się uniżyć, jako On sam dla mnie?
Czy potrafię kochać innych, jak On mnie, chociaż, według mnie, na to nie zasługują, tak jak ja nie zasługuję na Jego kochanie?
Czy potrafię nie wstydzić się Go wśród innych?
Czy potrafię wyrzec się wielu rzeczy, czego wymaga Noworodek?
Czy umiem trwać w adwencie cały rok? Tak właśnie, wziąć na siebie nieprzespane noce, których wymaga roratnie, dopiero co urodzone Dziecko?

Nie wiem.
Naprawdę nie wiem.
Nie wiem, czy chcę mieć Dziecko.
Wiem jednocześnie, że nie wyobrażam sobie bez Niego życia.


Ostatnia już kolęda wybrzmiała w świątyni, a my wychodzimy.
Wychodzimy na zimny, ciemny świat, by po nocy usiąść i świętować.
Dalej tu, na ziemi.
Z ludźmi, którzy - jacy by nie byli - trzymają, bardziej lub mniej świadomie, na rękach Dziecko.
Może chociaż przez chwilę usiądą z Nim przy stole.
Może nie zapomnimy zabrać Go po świętach do domów?
Może nie zapomnimy trenować duszy, umysłu, świadomości i ciała, by go unieść?
By nieść Go, w tak gęstej, topornej atmosferze, która ma na Niego uczulenie?
Obym nie zapomniała.
Obym nigdy nie zapomniała.



piątek, 22 grudnia 2017

"Tak często czuję Twoją siłę..."

Jakież to przejmujące. Być nadal...
W czasie takiego grudnia, tegorocznego, takiego właśnie. Nie ma czasu na sen, nie ma czasu na nic. Jednocześnie - tak wiele czasu na myśli, na tęsknotę.
Na wzruszenia.

Myślałam, że zbyt łatwo się wzruszam. Myślałam, że to takie głupie, że świat wokół, gdy to widzi, wzrusza ramionami. Gdyby tylko wzruszał... On poparskuje ze śmiechu. Czasem to słyszę.
Jakoś tak wkłuwa się pod przeponę i drażni myśli: przestań, patrz prosto, nie rozglądaj się. Nie wygłupiaj się. To tylko zwykła środa, wyrzuć te emocje. Nie produkuj ich nawet.
Myśl, że nie ma piękna. Bo nie ma. Nie ma wartości. Nie ma Boga. Nie ma prawdziwej przyjaźni. Nie ma sztuki.
Wszystko jest na sprzedaż.
I tak nie kupisz.
Nie stać cię.
Siedź już cicho.

Kiedyś myślałam, że obowiązki są tak ważne. To, by trzymać się grafiku, dostarczyć dokumenty na czas, zdać za wszelką cenę, mieć wszystko na papierze. Nagle okazało się, że wartość bywa tam rzadko. Cenne życie marnują błahostki.

Uczę się. Intensywnie się uczę dostosować szorstkość, chropowatość i kanciastość tygodnia do prawdziwości. Prawdziwości? Tak, bo piękno jest. Jest Bóg, jest przyjaźń, jest sztuka. Ciągle. Nawet nie wiem jak bardzo są.

Nie, nie wzruszam się zbyt łatwo. To rzeczywistość jest tak naszpikowana powodami do wzruszeń. A świat? Niech sobie mówi. Niech krzyczy, żebym przestała.
Ostatnio pewien mądry ksiądz powiedział: "Piękno powoduje zmianę".

PIĘKNO POWODUJE ZMIANĘ!
Zmianę, proces, działanie. Zawsze, to właśnie piękno, będzie przedzierało się spod skorupy wmawiania sobie nieprawdy.
W Warszawie, przy rondzie ONZ, teraz, w grudniu, rośnie kępka zielonej trawy. Przedziera się przez ciasno ułożone płyty chodnikowe. Zieleni może jej pozazdrościć czerwcowy trawnik, a woli przetrwania - mech na mroźnych szczytach gór.

Mam w sobie tę zieleń. Powoli będę ją wskrzeszać.

***
Kolejny miesiąc tychże właśnie wzruszeń za nami. Cudownych wydarzeń, które tak zbliżają dusze.
Miesiące tęsknoty i nieodwracalnych zmian. Miesiące braku i walki z nim. Miesiące kolejnych braków.
Miesiące nowych pokładów doświadczeń, spotkań z nowymi ludźmi. Nikt tak, jak oni, nie świeci w tych ciemnościach.
Dzisiaj koncert ukochanego zespołu, a więc spotkanie z ludźmi, którzy wiedzą, co to znaczy głęboko oddychać. Z ludźmi, którzy ze wzruszenia uczynili swój zawód. Jakie to wspaniałe, że mogę wśród nich być.
Nazwali to dzisiaj dzieleniem swojej teraźniejszości. Sformułowanie, które zwala z nóg. "Dziękujemy, że w świecie instant, dzielicie z nami swoją teraźniejszość"...

Tak dużo chciałoby się napisać. Mamy czas.
Niedługo święta. Znowu. Adwent tak mocno zakorzenił się w świadomości. Moje życie jest przecież takie adwentowe.
Z chaosu tej wypowiedzi wyciągam teraz jedno - warto nie zapierać się siebie samego. Kochać.



Nic nie dzieje się przez przypadek.




Orkiestra nurtu rzecznego

Czas to z jednej strony coś niewidzialnego i nieuchwytnego, coś co mogłoby stanowić definicję abstrakcji i antonim namacalności. To coś, co ...