sobota, 19 lutego 2022

Orkiestra nurtu rzecznego

Czas to z jednej strony coś niewidzialnego i nieuchwytnego, coś co mogłoby stanowić definicję abstrakcji i antonim namacalności. To coś, co dotyczy każdego. Coś, co przenika wszystkie nasze sfery. Tylko on daje szansę osiągnięcia stanu nowej perspektywy.Tylko on, gdy upłynie go odpowiednio dużo. (Czy on płynie? Ten "ruch" nazwałabym inaczej. W każdej chwili inaczej). 

Z drugiej strony - co dość brutalne - po odpowiednim czasie jesteśmy w stanie namacalnie poczuć mniejszą tęsknotę za kimś. Możemy też np. uświadomić sobie, że kogoś wcale nie kochaliśmy, chociaż tak nam się wydawało - i odwrotnie - poczuć, że kochaliśmy i kochamy, mimo, że dana osoba odeszła z tego świata wiele lat temu. Czas jest brutalny, bo siedzi na naszym ramieniu i mówi: marność nad marnościami i wszystko marność. 

No właśnie. Czy wszystko marność? Ten rok bez kuferka był mi bardzo potrzebny. Przychodzenie tutaj jest pewnego rodzaju stanem, w którym schodzę z mojego parteru kręcenia codzienności dwa schodki niżej, do piwnicy, w której myśli i stany snują się bezustannie. Robią to niezależnie od tego, czy tam zaglądam, czy udaję, że piwnica nie istnieje. Istnieje.

Mieszkają w niej myśli, które kreuję, bo w świadomości uznaję je za słuszne i roztropne. Są w niej też stany i emocje, których wcale nie chciałabym mieć. Takie, które są niezgodne z moim światopoglądem, wiarą, nadziejami. Od czasu do czasu odnajduję tam postawy, których na parterze nie umiałabym nawet wymyślić. 

Życie się zmienia i upływa ta woda w rzece, o której opowiadali dziadkowie. Staję z patykiem w ręku na jakimś niezarejestrowanym dzikim brzegu i zanurzam jego czubek. Prąd nie ustaje, chociaż maleńka tasiemka, mała stróżka odbija się o drewionko i jakby przystaje na momencik. Zejścia tutaj to takie momenciki. Patrzę na rzekę i zatapiam oczy w jej mantrycznym ciągu. Wpadam w stan niebytu i - paradoksalnie - niemyślenia. Tak, kobiety też potrafią nie myśleć. Sama przyłapuję się na tym, że patrząc na rzekę mam przed oczami wyłącznie wizję rzeki. Przecież ona tak płynie już trochę lat. Znam ją. Zapominam jednak, że składa się na nią coś szczególnego. Kropelki z szyby samochodu, które dopingowałam, by spieszyły się razem w wiatrem. Te, które łączyły się ze sobą w coraz większe krople, by spaść w końcu na uciekający spod kół asfalt. Jest też parę wiader nielegalnie brudnej wody, którą wylewałam odwracając głowę. A rzeka nadal płynie. Dziadkowie mieli rację.

Z nastolatki, nawet nie wiem kiedy, stałam się dorosłą kobietą, która wciąż jak dziecko patrzy na życie wokół i zastanawia się - co to jest i jak się tego używa. Gdy rozpoczynałam tworzenie swoich wpisów 9 lat temu, tutaj, na tym najprostszym z możliwych blogowych miejsc, zupełnie inaczej wyobrażałam sobie drogi, którymi będę szła. Ba! Nie mogę nawet stwierdzić jak i czy sobie je wyobrażałam, ale po ich przejściu twierdzę, że jeśli w ogóle, to na pewno nie tak. 

Ciekawym jest odkrycie braku spójności i sensu w wielu odnogach mojej rzeki. Okazuje się, że nie ogarnę tego systemu swoim umysłem. Nie jest to naczynie połączone, w którym krążą wydarzenia i ludzie. Są przecieki i nieplanowane wstrzyknięcia. Mam wrażenie, że to ciek wodny, który ma nie tylko dopływy zbierające materię z okolicznych krain, ale też odpływy, które wychodzą ode mnie. Być może są potrzebne innym krainom. A może to mnie samej potrzebne jest to, by odpływały bezpowrotnie pewne fronty.

Widok za oknem autokaru może być spontanicznym, symultanicznie tworzonym teledyskiem do piosenki, której słuchamy lub nucimy w głowie. A życie? Jest teledyskiem do przydługiego utworu muzyki klasycznej z rodzaju, którego nigdy do końca nie czułam i nie rozumiałam. Są tu fragmenty tak nieetycznie nudne, że mam ochotę wyjść na papierosa i je po prostu przeczekać Wrócić potem żując niedbale miętową gumę, która ma udać, że przerwy nie było. Są też momenty wzniosłe, na których apogeum budzi się znudzony członek sekcji rytmicznej, by uderzyć w talerze. Tak to już jest. Rzeka płynie, a utwór komponuje się podczas odgrywania. Wszyscy tu improwizują.

A ja? Chyba będę wracać tu częściej niż raz w roku.




poniedziałek, 15 lutego 2021

Farba w wazonie

    Pamiętam eksperyment, który umieszczony był w encyklopedii dla dzieci, jako propozycja swoich pierwszych badań naukowych. Należało włożyć biały kwiat do wazonu z wodą i nalać do niej odrobinę barwnika, po czym obserwować, czy kolor kwiatu się zmienia.

    Czasem myślę, że zostaliśmy wrzuceni tacy biali do życia w takich, a nie innych czasach, w takim, a nie innym świecie, do którego każdy może wlać wszystko. A my? Nie przed wszystkim możemy się obronić. Nasza łodyga, wraz z tym, co potrzebne nam do życia, pobiera wiele innych specyfików.

    Doświadczenie pokazało, że kwiat zabarwiał się lekko. Każdy obszar w innym stopniu nasycenia. W encyklopedii przykładowym kwiatem była margaretka, którą tworzyło wiele płatków. My mamy ich jeszcze więcej. Najgłębsze, które nawet nie do końca wykluły się z pączka to te, które trudno dojrzeć, a które są najbliżej i najściślej związane z łodygą. Po rozebraniu kwiatu na części pierwsze okazywało się często, że jego najgłębsze partie były najciemniejsze.

    Jesteśmy wrażliwi. Jesteśmy kwiatami, a nie kamieniami. Chcę świata, który jest czysty. Chcę zdrowo pić. Życzę wszystkim czystej wody. Nieskażonej. 

    Największą umiejętnością jest umieć przyjmować i kochać kwiaty, które są poprzebarwiane nie tak, jak byśmy chcieli. Te, które wyglądają inaczej niż ich przedstawiciele w atlasach. Trudno kochać takie i trudno dać się komuś pokochać, gdy jest się takim. Dać się przyjąć.




sobota, 2 stycznia 2021

Ćwiartka wrażliwego stulecia

    Mogłoby się wydawać, że regularność oddechów, które bierzemy bezwiednie, sprawia, że wszystko biegnie według określonego z góry rytmu. Choćby nie wiem co, zegar zawsze tykał i będzie tykał w tym samym tempie. Równo. Owszem, żadne odkrycie. Jednak, spoglądając za siebie, widzę tak różne okresy! Jedne zbite w kulkę, która jest jakaś szara. Podobnie jak kula z wielu kawałów kolorowej plasteliny, która staje się ścieśnioną brunatną masą. Inne czasy odbieram jako wydłużone, ciągnące się, a w tym - jednostajne. Jeszcze inne, jak nieprzewidywalne momenty, które - z jednej strony - trwały dość długo - z drugiej strony - amplituda przeżyć, stanów i wydarzeń była tak duża, że wydają się nie do wpisania w żaden rytmiczny schemat. To jest właśnie to. Subiektywność odbierania czasu. Najciekawsze w tym zjawisku jest to, że każdego człowieka obowiązują przecież te same miesiące, te same minuty. Cóż... 

    Zaczął się nowy rok. Kolejny w życiu. Ktoś tam coś postanawia, bo to modne, ktoś podsumowuje rok. Ktoś inny życzy po raz setny, by nowy rok był lepszy od poprzedniego. W czym lepszy? Nie chcę, żeby był lepszy. Chcę, żebyśmy my byli lepsi. Ja chcę być lepsza, choć wciąż kiepsko mi to wychodzi. 

    Nie muszę niczego postanawiać. Każdy dzień sam weryfikuje przedsięwzięcia. Po prostu obserwuję, sporo doświadczam. Gdy w doniczkach jest sucho, podlewam. Gdy za kimś tęsknię, dzwonię. Gdy przychodzą pomysły, tworzę. Gdy napotykam przeszkody, narzekam, płaczę, buntuję się, irytuję, muszę się wyżalić, a potem idę dalej i staram się je pokonać. Gdy przychodzi wiosna, chodzę i się nią cieszę. Gdy przychodzą sytuacje beznadziejne, jestem w nich całą sobą, tak samo jak w tej wiośnie. Beznadzieja często mnie otacza, przytłacza. I tak też będzie w nowym roku. I co? One - wszystkie beznadziejne momenty - też osadzone są w czasie. Mijają. I co mam postanawiać? Że będę zawsze udawać sztuczną radość? Jestem, czym jestem, w danej chwili. I chwała Bogu, że są wokół mnie inni ludzie. I to tacy ludzie! Ich życia, ich stany, ich okresy tak bardzo poszerzają horyzonty, że nawet w najciemniejszej dolinie mogę raz na jakiś czas zachodzić do jasnych zaułków. I mam nadzieję, że oni do moich też. 

    Kiedy trzeba, podejmuję decyzje. Podjęłam już ich tak wiele. Nadal mało o nich wiem. A najmniej wiem o ich słuszności. Po prostu, pozwalam im być i zlać się z tłem. Kolejne też podejmę i staną się one częścią nowego roku. Dobrego czy złego - po prostu tego. I tak każdy z nas ma inny. Inny rok, inny czas, w tym samym momencie.

    Czy jestem ciekawa? To jedna z moich największych słabości. Ciekawość przyszłości. I tak, czasem lęk, czasem nadzieja. Po prostu ciekawość. Czasem myślę, że ta właśnie ciekawość to jeden z odcieni nadziei. Nawet w czasach, które były jak szara kula plasteliny odkrywałam w jej głębinach jasną cząsteczkę, która trzymała przy życiu. 

    Przejściowość. Dla mnie to od niedawna definicja życia na ziemi. Wszystkie okresy przemijają. Wszystkie. Ekscytacje, załamania, tęsknoty, zawody, oczekiwania, znudzenia, zniechęcenia, motywacje. Nawet jeśli trwają całe ziemskie życie - rozproszą się w nicość. 

   Życzenia. O tak, jeszcze trochę o życzeniach. Jedna z moich ulubionych czynności. Składanie życzeń. Kim jesteście, kiedy twierdzicie, że życzenia to coś wymuszonego, sztucznego i sztywnego? Kim jesteście, jeśli składacie życzenia z przymusu? Kim jesteście, kiedy mówicie nieprawdę patrząc komuś głęboko w oczy? Kim jesteście, przesyłając losowym osobom losowe słowa z gotowych formułek? Słowa mają moc i wierzę, że wypowiedziane głośno z głębi serca, mogą wpłynąć na czyjeś życie. Nie chcesz głosić dobra własnymi ustami? Może nie masz go w sercu? Może wcale nie obchodzą cię inni? A może nigdy nie doświadczyłeś dobrego słowa i czyjejś pozytywnej intencji skierowanej w twoją stronę?

    No właśnie. Życzenia dla każdego są takie: pozwólmy naszemu nowemu rokowi być sobą. Każdy swojemu. A w nim pozwólmy samym sobie po prostu być. Z całą autentycznością. Z prawdziwą nadzieją, z prawdziwym smutkiem, z prawdziwymi wątpliwościami, z prawdziwymi chorobami, z prawdziwymi chęciami, z prawdziwym tworzeniem i kreowaniem, z prawdziwą bezsilnością i prawdziwą sprawczością. Każde kolejne połacie czasu, które ukazują się przed nami, to tylko przestrzeń, w której okazuje się kim jesteśmy. Życzę odkrywania tożsamości, bratania się z nią i rzeźbienia w niej tak, by to ona miała wpływ na czas, a nie czas na nią.

    Po dwudziestu pięciu latach życia z horrendalnie wrażliwym wnętrzem stwierdzam, że życie jest trudne i często nie do uniesienia, a jednocześnie intrygująco przejmujące i paradoksalnie cudowne. Zapierające dech w piersiach. A gdy tak czasem zapiera dech, wszystko staje się cudem. Przecież właśnie zaprzeczyliśmy jednostajności czasu. Jednostajności oddechu.




niedziela, 6 grudnia 2020

O czym marzysz?

O czym marzysz?
A w jakiej skali?
W skali świata. W skali woli.
W skali świadomości.
W skali zamyślenia.
W skali całości.

O czym marzysz?
Chodzi o marzenia spełnialne?
O dotąd nienazwane. O realne.
O zakorzenione. O tożsamość.

O czym marzysz?
Ja?
We własnej osobie.

O czym marzysz?
Co to są marzenia?
Szczyt piramidy Maslowa.
Bez niego byłaby szarym PRL-owskim blokiem.

O czym marzysz?
Mnie ma być jeszcze stać na szczyty?
Stań. Podnieś głowę. Zatrzymaj i wyostrz wzrok.

O czym marzysz?
Kiedyś wiedziałem.
Naprawdę wiedziałem.





niedziela, 8 listopada 2020

Wiersz, bo nie umiem szydełkować

Trzymam delikatnie cienką nitkę życia
Za końcówkę
W dwóch palcach ją trzymam
Zwisa gdzieś
Czuję, że jest przez węzełek
Ten na dole
To urodzenie, obciążenie
Początek.

Nawlekam ciągle koraliki
Jak przez sen już

Kiedyś wielkie, wyczuwalne korale
Po jednym dniu
Po kolei

Teraz małe koraliki, szybkie
Tydzień po tygodniu
Chyba po kolei

Wszystkie tak podobne
Za szybko na rozróżnianie barw

Struktura czasem tylko zatrzymuje opuszki
Czasem się wyróżnia

Trochę korale
Trochę różaniec

Trochę ozdoba
Trochę żmudność

Nawlekam, nawlekam
Same wpadają
Ja patrzę w okno

Już się wyłączam.
I czekam.
Na co? Na kogo?

 



poniedziałek, 24 sierpnia 2020

Waga bez opakowania

Dusza gąbka tak pochłania i pochłania

Wagą i objętością przewyższa ciało - swoją klatkę

Gdzie ona się mieści? Taka napęczniała?

Zdarza się, że zbyt ciąży

Nogi klatki nie mogą się podnosić


Jeden powiew, JEDEN

Nadaje jej lekkość


Nieplanowane wejście do świątyni, w której wybrzmiewa właśnie cudowny utwór

Spacer brzegiem Wisły i moment, gdy zabłyśnie odbitym słońcem

Uśmiech osoby, której powiedziałeś, że jest piękna

Smak kawy

Czyjś powrót

Wyczekiwany moment w piosence

Idealny wietrzyk w twarz na pikniku w upalny dzień

Śmiech dziecka, do którego się przytuliłeś

Wspomnienie, które wróciło nagle po dziesięciu latach

Wiatr we włosach

Znajomość miejsca

Dom

Znajomy zarys gór

Świeżość liści

Trafiony dowcip

Tęsknota

Kołyszący rytm

Chór chłopięcy

Szum morza

Zapach skrzypiącego śniegu po pasterce

Zbieżność wydarzeń

Serdeczność sąsiada

 Zmienność pór roku

Nocna jazda

Niebo nocą na wsi

Bieszczady

Modlitwa bez słów

Obecność

Odwzajemnienie

Herbata zaparzona przez przyjaciółkę

Samotny dzień 

Koncert tylko dla ciebie

Wiara, nadzieja i miłość


Wystarczy jeden taki powiew 

I dusza jest lekka, ulotna

Trzeba jej pilnować

Oj, trzeba jej wtedy pilnować

 

Idę tam, gdzie prognozują powiewy

A nie pozwolę duszy na ociężałość

By nie rozerwała ciała

Będę chodzić jak po księżycu

Będę!

 

 

 




sobota, 1 sierpnia 2020

Północ w zagrodzie

    Jest w nas tyle poziomów, sfer, przestrzeni, że nie sposób codziennie zajrzeć do każdej. Nie sposób regularnie dokarmiać wszystkich zwierząt w każdej z zagród. A właśnie samemu jest się gospodarzem na swojej farmie. Czasem lubię przesiadywać na podwórku od strony drogi i uśmiechać się, pozdrawiać przechodniów. Zdarza się, że się tam zasiedzę, jest mi dobrze, swojsko. Z przechodniami raźniej. Ale nie... nie można tak długo. Kończąc rozmowę z jednym z was, kątem ucha słyszę, jak moje zwierzęta domagają się uwagi, dokarmienia. Muszę wstać, rozprostować zastane kolana, wejść na prywatne podwórko i po kolei wchodzić do każdej z zagród. Boże, dlaczego muszę hodować tyle wyszczekanych psów, których wcale nie potrzebuję? Dlaczego, mimo karmienia, są ciągle wychudzone i domagają się więcej. Mogę siedzieć przed domem, rozmawiać z ludźmi i udawać, że tylne podwórko mnie nie obchodzi, ale ten skowyt tak mocno mnie wzywa. Powala.
    No tak, gospodarstwo składa się z wielu mieszkańców. Nie mam mocy zarządcy. Czasem myślę, że nie mam tu żadnych praw. Jestem, więc muszę oporządzać wszystko. Piękne kwiaty, które wymagają tyle pracy, by zakwitnąć na tydzień w roku (jakże takie tygodnie rozpromieniają duszę!) no i te psy, które nawet nie strzegą dobytku. Są też miejsca, które żyją własnym życiem. Udaję, że ich nie ma,
a one w miarę nie dają o sobie znać. Czasami wypuszczają pojedyncze kłącza poza ogrodzenie. Przycinam je najszybciej jak się da, tak przy okazji i idę dalej. Ha! Można powiedzieć, że jest już kilka miejsc, którym pozwoliłam stworzyć własny mikroklimat.
    Wiecie co? Dziwnie ktoś zaprojektował to podwórze. Nie miałam tu nic do gadania. Nawet nie pamiętam momentu, w którym się wprowadziłam... Dziwnie, bo ta zielona trawka, hamak, huśtawka z poduchami i przestrzeń od drogi, którą tak kocham, jest ciasna, niewielka i tak rzadko mogę do niej wchodzić. Wszystko przez ten nieproporcjonalnie wielki tył, który dla przechodniów jest niedostępny, zarośnięty drzewami i tujami. Oni nawet nie wiedzą, że on istnieje. I że tak krzyczy!
    Co ja mogę zrobić? Szukałam numerów telefonu, dzwoniłam do właścicieli ziemi, do wójta wsi. Ba! Dzwonię często i mówię, mówię, krzyczę, żądam wyjaśnień, a oni, wiem, że słuchają, a mimo to, prawie nigdy nie odpowiadają. Wytężam słuch, daję ciszę, nie odpowiadają. Posunęłam się nawet do zmiany operatora, by zadbać o jakość połączeń. Ciągle zbyt mało reakcji. Czy oni nie rozumieją, że ja jestem taka mała, słaba i, choć staram się zaprawiać do pracy, to ciągle tak mocno uszkadzam ręce i serce.
    Sąsiedzi czasem mówią, że jestem zbyt delikatna, że to nie miejsce dla mnie. Teraz już wiem, że mają rację, ale przecież ja to ja! Nie mogę sobie pozwalać na delikatność. Muszę być silna, samodzielna. Samowystarczalna wręcz, bo ci, którzy chcą pomagać zazwyczaj mają zakaz wstępu. Dochodzą mnie słuchy, że to z woli wójta. Czy dlatego, że mnie nie lubi? Jakiż miałby mieć powód?
A może to dlatego, że chce zbudować moją siłę?
    Mogę powiedzieć śmiało, że, choć mieszkam tu od tylu już lat, ciągle nie poznałam większości zakątków. To wszystko przez te straszne psy! Nie dość, że zajmują tyle czasu i uwagi, to jeszcze napawają mnie paraliżującym lękiem przed poznawaniem głębin tego ogrodu. Chyba boję się, że napotkam kolejne zwierzęta, które będą chciały jeść, a nie można będzie ich nazwać pupilami.
Niektóre zakątki lubię, ale one są malutkie i tak rzadko sobie o nich przypominam...
Dobrze, że jest przód domu. O nim jeszcze nie zdarzyło mi się zapomnieć. Ha, gdyby nie on, już dawno bym się wyprowadziła do nicości.
    Ciekawe jest to, że przechodnie, naturalnie tak zajęci swoimi sprawami, z własnymi podwórkowymi dźwiękami w głowach, nie zdają sobie sprawy z tego, że patrzenie na nich dodaje mi sił. Nie wiedzą, że są moim zapomnieniem. Na odległość, albo bardziej z bliska, przez furtkę. Tylko tak i aż tak. Przecież, gdyby nie przechodzili, nie wiedziałabym, że mieszkam we wsi. Myślałabym, że moja gęsto zarośnięta zagroda, to azyl na pustkowiu. Tylko ja, głodne zwierzęta i parę kwiatów.
Nie umiem wyjść za ogrodzenie, ale gdy tak patrzę na mieszkańców, myślę - lubię tę wieś. Z jej wszelkimi dziwnościami. Mimo wysokich żywopłotów wiem, że dla każdego z nas tak samo zmieniają się pory roku, tak samo pada deszcz i wschodzi słońce. To samo słońce.

    Nachodzą mnie czasem dziwne plany. Wezmę hamak i poduchy - myślę - i umoszczę sobie gniazdko z tyłu domu, w jednej z zagródek. Tylną furtką wypuszczę całą zwierzynę. Poczuję samotność i ciszę. Mieszkańców nie będę widywać, a na leżąco skupię swój wzrok na niebie. Wtedy tylko wspólność chmur i słońca nad nami będzie dla mnie spoiwem między mną a innymi duszami.
    Położę się całym swoim ciężarem, rozluźnię każdy mięsień. Postaram się zapomnieć nawet o tych najważniejszych przechodniach. Tych, którzy regularnie podchodzili aż pod samą furtkę i mówili dużo więcej niż przywitanie. Zapomnę o nich. Pozwolę sobie na nagość swojej delikatności, bo przecież tylko tam nikt mnie nie widzi. Będę codziennie leżeć aż do północy jedząc jabłka z tej najstarszej jabłonki, którą już nie trzeba się opiekować, a która i tak, chyba z przyzwyczajenia, wydaje co roku tonę wyśmienitych jabłek. Bardzo wdzięczna z niej lokatorka. A gdy przejdzie już północ, moja jedyna przyjaciółka, którą szczerze kocham i wyczekuję, będę zerkać po raz ostatni na gwiazdy i wracać do domu po sen.
    Takież to właśnie plany się tworzą. Żywię nadzieję, że będzie mi się udawało dotrwać do wszystkich północy i że ta cisza i samotność będą sprzyjać. Że zapomnę twarze furtkowych gości i postury tych
z drogi. Że nie będzie mi brakowało tembru i rytmiczności ich kroków. O zwierzęta się nie martwię. Jestem marną karmicielką. Samodzielnie na pewno nie wrócą, a i znajdą z pewnością lepsze miejsce. Niech im będzie dobrze.

Niech już każdemu będzie dobrze. Byleby tylko nie wyły złe psy.

***
"Jestem zbyt nisko, by spadać."


piątek, 29 maja 2020

Nikt nie wie

     Pewne rzeczy nigdy się nie zmieniają. To dziwne, bo codziennie od nowa zapisuje się w głowie czysta kartka, a przecież nigdy niczego nie kasowałam. Gdzie to wszystko przepada? Kto dołącza nowe arkusze? Im dłużej tu żyję, tym bardziej obco się czuję. Im bardziej codzienne wszystko, tym bardziej nadzwyczajne i nieprzystępne. Wszędzie jakieś parametry, wyznaczniki, tory, wektory. A ja? Niewłaściwy rozstaw kół, niepasujący gwint, nierytmiczne sekundy. Tak właśnie jest. A kartka na przekór codziennie od nowa biała. Czasem piszę po niej ja, czasem pisze się samo, gdy odwracam wzrok. Taki hurt prawie przezroczystych kartek ostatnio przyszedł. Jakby wszystko pisało się na papierze śniadaniowym. A stron już tyle, choć nadal szybko mija. Tak cienkie kartki i wszystko lekkie jak Pismo Święte. Nie wiem, czy wolę te czasy, gdy papier jest techniczny i długo muszę naciskać, by osadzić literę. I długo musi się wylewać tusz i dużo go pochłania. Dwa dni wtedy jak książka, którą obciążać można pogięte pocztówki.

     Nie ma obrazków. Sam tekst, który nie wiadomo kiedy się zaczyna, a nie kończy się nigdy. No, może kiedyś się kończy, ale ja tam nie chcę samodzielnie stawiać kropki. To nie moje zadanie. Bywam pilna, choć czasem stawiam na autopilota. Nie znam go dobrze, ale staram się ufać.

     Kiedyś myślałam, że gdy zasypiam, papier zostaje biały, pióro odpoczywa. Może nawet pojawia się miejsce na ilustracje? Sny mogłyby się tam lokować. Ha! Może doceniłby je jakiś abstrakcjonista. No, ale nie. Wszystko pisze się bez przerw. To dziwne, bo tekst układa się w taktach, jak muzyka. Miarowo, bo ktoś kiedyś wymyślił czas. Jeszcze nie zidentyfikowałam tej osoby. Nie wiem, co jej powiem, gdy ją spotkam. Jeszcze się zastanowię...


     Trudno być niedoświadczonym pisarzem. Papier ci leci i leci i leci, jak rozpędzona bieżnia pod nogami. Mam odpocząć? Spadnę i rozbiję się w mak, a biegnącej taśmy już nie dogonię. I co z tego? - powiesz. Otóż, nie umiem. Zbyt szybko się przesuwa, a ja jeszcze muszę skakać przez płotki taktów. Kiedyś może spadnę i opowiem Wam, jak było, jeśli uda się wrócić. Jeśli nie, będę o Was ciepło myśleć.



wtorek, 19 maja 2020

Inna cisza

Są takie cisze, które wcale nie są głuche
Uderzają małą nóżką o szczebelek łóżeczka
Mruczą przed snem

Szumią głośno jesiennym wiatrem
Niekoniecznie jednostajnym

Patrzą na ciebie niepowtarzalnymi oczami
Zza stolika, całkiem naprzeciwko
W zatłoczonym harmiderze baru

Tykają zegarem kościelnym
Obgryzają skórki

Są takie cisze, które ogłuszają
Zdumiewają, zatrzymują, kołyszą

Zewsząd śpiewają ptakami
Których nie widać

Są takie dźwięki, są takie głosy
Które zajmują uszy sobą
I wreszcie pozwalają duszy wejść w prawdziwą ciszę

Takie, które zagłuszają niezdrowe przyspieszenia serca
Wyciszają uwagę na rozmach

Są najgłębsze cisze
W których mieszka pełne ja
Cisze, które głosy ukochanych wzmacniają
Cisze, które muzyka wydobywa
Cisze, które wszyscy znamy.




środa, 6 maja 2020

Na jawie

Głowa jak rozgrzana blacha
Od myśli
Plecy jak zamarznięta ulica
Od zwątpień

Tak wielki zewnętrzny świat
Tak mały, gdy stanie przy wewnętrznym

Tak zmienny zewnętrzny świat
Tak nieprzewidywalny wewnętrzny

Tak kruche skały do budowania
Tak krótki zasięg widoczności

Tak pełen każdy dzień dezorientacji
I przyjemności

Przeciwne bieguny zdołały się przytulić
Wiatr przystanąć
Gotują się dawno zamrożone tematy
Odkopują spróchniałe kości

 I tylko przyroda na przekór

Wreszcie maj.


poniedziałek, 20 kwietnia 2020

Nie łapię

Próbuję złapać cokolwiek, co jest.
Co widzę.
Jak mydlaną bańkę.
Przecież widzę, że jest.
Widzę, że łapię.

Nie mam nic w dłoni,
Zawsze pusto.

Ani czasy, ani ludzie,
Ani radości, ani ciężary.
Ani twój uśmiech,
A mówi do mnie codziennie.

Ani twój sen, ani mój sen.
Ani rozmowy, ani przedmioty.
Ani pieniądze, ani ceny.
Ani pogoda, ani strach, ani miejsca.

Wszystko jest.
Chyba, jak bańka.
Tak dosadnie istnieje, dzieje się, trwa.
A niczym jest.

Mam tylko własne, marne ja.
Po co mnie stworzono?
Tylko Ten, kto to zrobił, ten wie.

I tylko On naprawdę mnie ma.
Hoduje
Rybkę, która nie umie pływać,
Tancerkę ze sztywnym kręgosłupem.

Mam tylko "jestem",
A i tak wysmykuje mi się z rąk.
Co dalej?
Nie wiem.
Miej mnie.





poniedziałek, 27 stycznia 2020

Zagubione klawisze

Kto zagra na zagubionych klawiszach?
Kto odtworzy dźwięki, które powinny były wybrzmieć
Już wcześniej?

Czas jest egoistą
Nie zwalnia, gdy ktoś nie domaga
Nie przyspiesza, gdy ktoś mocno czeka
Idzie zuchwale do przodu
A wzrok mu nawet nie drgnie

Tyle razy się to stało
Zapodziały się dźwięki
Namnożyły nadliczbowe pauzy
Zbyt często wszystko brzmiało nie tak, jak powinno.

Świat mi fałszuje
A ja nie wiem, gdzie szukać odpowiednich tonów.

Wolałabym zwykłego kotka, który wlazł na płotek
A tu jakieś symfonie
Jakby dyrygowane przez paralityka.

Świat mi fałszuje, że aż uszy bolą
I serce

Nie wiem, gdzie klawisze, gdzie grajkowie
Gdzie dyrygent

Znam go od zawsze,
A znowu nie wiem, kim jest.



czwartek, 2 stycznia 2020

Anioł z jednym zmysłem

Chciałabym być aniołem
Sobą bez ciała
Bez wyrazu twarzy
Z wyrazem serca

W tym miejscu, w którym jestem
Wśród tych samych twarzy i dusz
Tych samych bliskości i obcości

Marzę, by żyć bez ciała
By tulić tych, których kocham
Ściślej niż cieleśnie
Być tak lekką
Nie być nikomu ciężarem
Samą miłością

Znikać gdy zechcę
Od odtrącenia
Od niezręczności

Być z tymi, z którymi nie mam odwagi być teraz
Być powiewem, tchnieniem
Być kroplą
I drążyć w sercach

Nabrać odwagi do miłości
Do mowy
Do obecności

Marzę, by być powietrzem
Nie mieć rąk, a dotykać całą sobą
Nie mieć oczu, a przenikać wzrokiem
Nie mieć skóry, a czuć
Nie mieć uszu, a chłonąć muzykę

Jednym zmysłem być, czuć, jednoczyć się i słuchać
Znaleźć w sobie piękno
I komuś je w pełni ofiarować
Tak, by nawet się nie spostrzegł
Nie musi oddawać
Nie musi oddawać


poniedziałek, 25 listopada 2019

Gdyby odcedzić dzień

Kiedyś myślałam, że warto w ciągu dnia poszukiwać dobrych momentów pomiędzy tymi trudnymi czy niewygodnymi. Pisałam o tym, że każdy dzień ma przynajmniej jeden momencik natchnienia, oderwania, inspiracji. Owszem, ma, ale od niedawna zaczęłam szukać tych momentów nie tylko w komforcie. Nie tylko w czasie wolnym od nerwów, rutyny, zbytniego przejęcia, zmęczenia, znudzenia, irytacji.

Wiele jest dni, które zaczynają się myślami o obowiązkach, trwają w ich wypełnianiu i kończą się nimi. Zasypia się wtedy w napięciu i myśli o kolejnych rzeczach do zrobienia. Praca, która w pewnej mierze jest pasją, też męczy i nuży, gdy jest jej dużo, gdy trzeba ciągle tworzyć, kreować, myśleć za siebie i osobę, z którą się pracuje. Gdy nawet w czasie gorszego dnia, nasz umysł musi pracować na najwyższych obrotach. A wszystko to z zegarkiem w ręku. Z zegarkiem, który mógłby dla mnie nie istnieć.

Trudno duszy artystycznej i melancholijnej funkcjonować sprawnie w świecie grafików, godzin i terminów. Udaje się to, lecz wymaga nie lada wysiłku. Mimo to, szukam, szukam, szukam...

Czy można jednocześnie coś uwielbiać i nie znosić? Kogoś kochać i irytować się nim. Jeszcze jak! I choć pełznę często przez godziny terapeutyczne z dziećmi, które niekiedy są nie do zniesienia, kocham je całym sercem. To właśnie daje siłę! Dwie lub więcej osób jest we mnie w jednym czasie, a ja chcę patrzeć na tę najpiękniejszą. Na niej się skupiać i ją wydobywać. W melancholii mijania tych samych schodów i korytarzy w tej czy innej pracy, odnajduję coraz częściej piękne twarze. Dobre momenty, które trafiają do moich zmysłów i cieszą, jakby były tylko moje. Nikt nie musi o nich wiedzieć. Ja wiem, że są i chcę myśleć o nich wytłuszczonym drukiem.

Wielki korek w mieście i moje myśli, że to już kolejna godzina w dusznym autobusie. Kolejna, a wczoraj było przecież podobnie. I wracam do domu tylko po to, by niedługo znowu wyjechać i przemierzać tę samą drogę. Trudno skupić myśli przez zmęczenie, często smutek albo samotność. Tak wyglądał jeden z wielu moich dni. Nie umknęło jednak mojej uwadze dziwne i intrygujące niebo przed zachodem na horyzoncie. Jeszcze na przystanku. Wszystkie moje zmysły kierowałam ku niebu i tej atmosferze, która wybijała się ponad tłum czarnych kurtek. Przez małą szczelinę między ludźmi obserwowałam to piękno i pozwoliłam sobie na wejście w ten świat. Po wielu minutach zauważyłam nadlatujące stadko czarnych ptaków, które przelatywały nad dachem naszego pojazdu. Słońce zdążyło się już obniżyć pod takim kątem, że jego czerwone promienie smagały ptaki od dołu. W ich locie. Gdy tak leciały, poruszając skrzydłami, zdawało się, że przeobraziły się w migające na czerwono lampiony. I choć patrzę w niebo od dziecka, nie widziałam nigdy takiego zjawiska! Pełny autobus ludzi wpatrzonych w ekrany, nie widział tego, co widziałam ja. Podziękowałam za ten moment. Za ten korek!

W czasie rozwiązywania zadań, o których nie miałam siły nawet myśleć, usłyszałam piękne słowa o miłości, a osoby, które mogłyby wydawać się ograniczone intelektualnie, pokazywały mi, że to ja jestem ograniczona. Przez swój egoizm. Ktoś, kto buntował się przeciw prostemu obowiązkowi, będąc jeszcze dzieckiem i mając do tego prawo, pokazał mi, jak to ja jestem niecierpliwa i niewyrozumiała.

Uczę się bez końca. Uczę się cedzić dzień i wyławiać te małe momenty, przez które stuka do nas piękno. Wartości i cudowne momenty, które małym paluszkiem pukają w grubą szybę naszego zmęczenia, znudzenia i zrezygnowania. Moja szyba czasem jest tak gruba, że nie usłyszałabym uderzania pięściami. Najbardziej pancerną warstwą jest ta, którą budują przyzwyczajenia i rutyna. Przecież ja rano wiem, jak będzie wyglądał ten dzień (znam grafik!) i wiem, że czekam na wieczór, bo tu nic mnie pozytywnie nie zaskoczy. Nic nie porwie. Czyżby?

Łatwo się oszukać, a Pan Bóg, który jest Bogiem prawdy, pokazuje nam codziennie przynajmniej kilka jej oblicz. Pokazuje nam małe cuda i niech to On uczy nas cedzić dobro od zła.
Odcedzić te drobne perełki dobra, skupić na nich wzrok i nimi się cieszyć. Nimi żyć. Dla nich wstawać i na nie oczekiwać. Tam jest nadzieja, tam jest życie, tam jest Bóg.


poniedziałek, 4 listopada 2019

Nieukrycie

Największej oazie spokoju
Zaciśnie wokół brzucha nerwową obręcz
Nagły wyprost wgniecenia plastikowej butelki
Zahartowane nawet serce
Ugnie się
Przeszyte wzrokiem prawdziwie zaciekawionej miłości
Najściślejsza niezależność zatęskni szczerze
W nieoczekiwanym momencie

Nie wyjątki potwierdzają regułę
Regułą są wyjątki
A wszyscy wyjątkami

Najdelikatniejsza
Najbardziej wątła
Życiem przygaszana
Prawda o nas
Wypowie się sama

Niekoniecznie naszymi ustami
Wydostanie się
I samodzielnie będzie oddychać



środa, 9 października 2019

Niezrozumiałe nierówności

Plamy plamy plamy
Widoku na wskroś
Słońce wciśnięte między włókna
Dalej zgrubienia których za dużo
Znowu plamy
Jakby dziury w cienkich tylko pończochach
Chcące być widzialne

Kto i kiedy
Zbyt mocno naciągnął
Za krótkie prześcieradło
Czasu
Nierówno naciągnięte
Niejednolite

Nie okryje równomiernie
Nie podtrzyma ciała
A coraz bardziej bezwładne

Za krótki materiał
Źle rozpracowany
A miał potencjał
Miał przecież potencjał
Producent ponadczasowy
Na metce

Zbyt mało czasu na sedno
Nawarstwienia musu
Trzy warstwy czasu włożone
W utrzymanie chwil
A sedno w chwilach!
Słabych za małych
Prześwitujących


niedziela, 1 września 2019

Egzamin z kolorowanki

Pamiętam momenty, kiedy siedziałam nad kolorowanką, z pudełkiem starych, nowych, długich, krótkich, zatemperowanych i połamanych kredek różnej maści przy sobie. Przy domowej ławie albo przy plastikowym ogrodowym stole. Zawsze starałam się kolorować najpiękniej, jak potrafię. Przez te starania dociskałam kredkę tak mocno do papieru, że ledwie unikałam podziurawienia kartki. Zazwyczaj wybranym przez siebie kolorem robiłam ciemną obwódkę wokół obszaru, który chciałam pomalować, a wnętrze wypełniałam nieco lżejszym odcieniem. Pamiętam to, że nikt nie oceniał moich prac. Nie wiedziałam, która jest godzina, nie próbowałam dzielić pracy na kilka dni. Gdy już zaczęłam, musiałam skończyć. Gotową pracę obejrzałam i gdy byłam w miarę usatysfakcjonowana, szybko przestawałam patrzeć i zajmowałam się kolejnym zadaniem. Lubiłam to. Poświęcałam temu zajęciu całą swoją uwagę i chęć. Niekiedy kolorowało się w grupie z innymi, czasami samemu w pokoju. Dobre to były chwile. Z wysuniętym z pilności językiem, gdy robiło się to, na co miało się ochotę, nie myśląc o tym, że będzie się ocenianym. Nie było z tego egzaminów, nikt nawet nie musiał wiedzieć, że to robię. Nie było stawki godzinowej, robiłam to za darmo. Boże, jakie wtedy wszystko było proste... Nawet, gdy byłam starsza, dużo bardziej świadoma - potrafiłam równie skutecznie wchodzić w stan pracy nad sprawą, która była wynikiem mojej soczystej, młodej ambicji. Ambicji, która nikomu nie chciała niczego udowadniać. I wiele było takich czynności. Stworzenie kuferka na skarby i zakopanie go w ogródku było jedną z nich. Ot tak, w nieświadomości, że zabawa ta zainspiruje kiedyś do stworzenia bloga. Było też tworzenie swojej małej hodowli kaktusów, samodzielna budowa domku na drzewie, czy szałasu. Całodniowe zbieranie porzeczek w ogrodzie u babci, tworzenie mini-spektakli dla rodziny. Kilkudniowa budowa ogromnego zamku w piaskownicy, z którego było się dumnym tygodniami. Przygotowywanie piosenek na kółko muzyczne, tak zupełnie dla siebie, bo na ocenie w ogóle mi nie zależało. Sprawdzanie swoich możliwości i śpiewanie w ukryciu w taki sposób, którego wstydziłabym się przy ludziach. Rysowanie planów pokoju i domu zgodnie z wytycznymi wyszukanymi w czasopismach architektoniczno-wykończeniowych. Robienie plakatów, które potem nawet nie wisiały na żadnych drzwiach. Zbieranie kwiatków, które miały być rzucane w Boże Ciało pod stopy księdza niosącego Najświętszy Sakrament. Wielka wyprawa po najpiękniejsze kwiaty, które miały być podeptane. Zero zazdrości w czymkolwiek. Raczej podziw dla innych i radość z ich pomysłów. Gry w podchody i długotrwałe wymyślanie swoich zasad. Wycieczki rowerowe wokół wsi, które wydawały się tak długie. To zatracanie się. Organizowanie ogniska w sadzie za domem, które trwało AŻ DO PÓŁNOCY! Próba hodowania biedronek i skwapliwe szukanie informacji, czym się żywią. Jeszcze przed dobą internetu. Nigdy nie zakończone sukcesem, ale wytrwałe próby nauki hamowania na rolkach.  Każdy dzień, który był przygodą. Wielkie wydarzenia, które dorośli określają codziennością. Do dziś są dla mnie wielkie. Całodzienne grabienie skoszonej trawy albo plewienie na grządkach babci. Co do jednej trawki! Co do zasady! Wszystko było ważne, przejmujące, niezwykłe i prawdziwe. Szybkie dojadanie obiadu w zimowe popołudnia, by jak najprędzej móc postawić na stole pudełko ze zmieszaną plasteliną. By móc cały dzień tworzyć z tych śmierdzących szarych kul, które barwiły palce. A kiedy były za twarde, trzeba było położyć na chwilę przy kominku, by je rozmiękczyć. To była sztuka, by zabrać je stamtąd w idealnym momencie. Przy kominku też suszyły się namalowane farbami dzieła i przemoczone buty po zbyt długiej zabawie w śniegu.
Nie. Nie tylko wczesne dzieciństwo takie było. Późniejsze też i jeszcze późniejsze też.
A teraz, pozostało tak niewiele momentów, środowisk i przestrzeni, by móc pochylić się nad czymś dla hecy. Z całą zapalczywością, nie myśląc o czasie.
Spadły na nas tony testów, zegarów, niepogody i porównywania. Zaczęły przygniatać powinności, harmonogramy, obojętność innych.
Nasze drogi coraz bardziej się rozchodzą. Tak, jakby nie pamiętały wspólnych wieczorów przy kolorowankach, które w tamtych momentach były jedynym celem. Jedynym środkiem.
Jak to wskrzesić?
Nie przeszłość. W teraźniejszości taki zapał, swobodę i twórczość. Oddanie. Jak?


niedziela, 25 sierpnia 2019

I dalej

Trudno opisywać uczucia, które wiążą się z jakimś dziwnym stanem. Na przykład takim, kiedy z różnych stron dotyka cię jakiś zawód. Czujesz się zawiedziony, choć nie potrafisz jasno określić kto i kiedy coś ci obiecywał i kiedy miał to spełnić, a tego nie zrobił. Nigdy nie potrafiłbyś jasno określić, czego chciałeś i oczekiwałeś. Trudno jest, gdy pewne przekonania, wierzenia, ufności, które nosiłeś w sobie przez ostatnie lata, których mocno się trzymałeś, jakoś nagle stają się nieistotne. A nieistotne dlatego, że przestały się sprawdzać w rzeczywistości. Nie czujesz się całkowicie oszukany, ponieważ wszystkie te wartości same w sobie nie okazały się fałszywe. To twoja rzeczywistość na różnych frontach pogalopowała w inne miejsca niż mogłeś przypuszczać. W innym tempie, w inny sposób. To ona się zmieniła, a fakt ten potęguje poczucie zagubienia i utratę elementów twojej tożsamości.
Pewnie życie składa się z iluś żyć, o których sam musisz zdecydować kiedy je kończyć i kiedy zaczynać kolejne. Trudno to wyczuć.


niedziela, 14 lipca 2019

Dobrze nie zestarzeć się w młodości

Nie ukrywam. Nie ukrywam, a wręcz mówię wprost - za dużo już. Za dużo już we mnie obojętności. Tak, jakby wszystko odbywało się w obrębie naskórka. To, co mnie dotyczy, w czym biorę udział. Kiedyś wnikało głęboko w skórę, jak najlepszego gatunku tatuaż. Dużo tych tatuaży zostało. Kilka spraw wniknęło głębiej, aż go wnętrzności podtrzymujących życie. Nagle te sprawy, które wytatuowały wnętrze, stały się integralną ich częścią. Od wtedy krew doprowadza tlen i składniki odżywcze także do nich. Duże, przełomowe wydarzenia. Niespełnione, bądź spełnione w nieoczekiwany sposób wyobrażenia. Wszystko, wszystko. Każda głupota, każdego dnia, w każdym czasie. Wszystko jakoś miało tendencję do lokowania się w różnych tkankach. A teraz? Idę, idę, idę i przymykam oczy na chmarę tego, co mnie otacza. Jak gdybym wchodziła w skłębione stada owadów. Ocierają się o mnie, połaskoczą, a czasem nawet ugryzą. Upiją trochę krwi, może wpuszczą jakiś jad. I tak jednak cały ból i swędzenie, które fundują, wszystko to odgrywa rolę w warstwie naskórka. Radości i doczekane końcówki etapów. Spotkania i pogody. Wiatr sprawił we mnie erozję. Z dnia na dzień przybieram coraz bardziej opływowy kształt, a tkanki zbijają się coraz szczelniej. Zbijają się tak, że uszczelniają różne pory i szczelinki. Nic nie wnika głęboko. Idę i wzruszam ramionami. Z ładną skórą lub z pogryzioną twarzą. A sprawcą wszystkiego jest czas. Tak bardzo obojętny, jednostajny, niezmęczony. Niewrażliwy na wszystko. Każdym wschodem i przychodzącym po nim zachodem przeciąga po naszych grzbietach, jak papierem ściernym. Wygładza i szlifuje. On chyba chce zniwelować w nas wszystkie opory. Pragnie, byśmy poddali się jego nurtowi, przyjęli jego tempo. Tak, że żadne okoliczności nie złapią nas w garść, bo będziemy jak wysmykujące się z dłoni mydło.
Dopiero między jednym a drugim pędem, gdy przychodzi chwila na to by usiąść i zmienić treść myśli odczuwa się ból brzucha. Odczuwa się ból serca i umysłu. Tak, bo mimo szczelności ciała, rzekomej obojętności, zapomnieliśmy, że wszystko, co się nam zdarza i zdarzało piliśmy w pośpiechu, jak zapomnianą przy porannym ubieraniu kawę. Taką zaraz przed zamknięciem drzwi. Taką, o której potem myślimy rozważając, czy w ogóle ją wypiliśmy.
Nie da się być całkiem obojętnym, znudzonym. Zmienia się tylko kanał przyjęcia. Częstotliwość, miejsce, pole absorbowania. Może zmysły, które są bramą. Nie wiem...
Przechodząc przez ogień z zamkniętymi oczami i korkami w uszach nie unikniemy poparzenia. A będąc zalewani miłością ze wszystkich stron, nawet w czasach zniechęcenia, nie unikniemy roztopienia serca. Choćbyśmy chcieli od niej uciec i gdybyśmy udawali, że nas nie interesuje.
Ciekawe, ile jeszcze w życiu będzie tych typów przyjmowania. Na ile sposobów będzie dało się do nas dostać. Ile odporności na dobro i zło w sobie wyrobimy, ile skorupy?
Wszystko to mnie ciekawi. Jacy jesteśmy i jacy będziemy? Jaka jestem i jaka będę?

Dobre są takie dni, gdy bada się siebie i swój świat. Dobrze zaktualizować swój stan, przygotować się do dalszej drogi. Dobrze uporządkować wspomnienia do odpowiednich szuflad i zdobyć nad nimi panowanie. Dobrze nie zestarzeć się w młodości.


czwartek, 27 czerwca 2019

Rozkrok na obu niefizycznych nogach

Żyję sobie i żyję. Z tyloma ludźmi już przeżyłam różne sytuacje, burzliwe czy trudne okresy, nudę, niepewność, załamanie, zwykłe dni. Po tym całym czasie odkrywam to, że kocham, ko cham wszystkich tych, którzy chodzą na dwóch nogach. Nie chodzi mi tu o nogi w ujęciu fizycznym.

Osoby, które żyją zupełnie bez piękna, bez muzyki, bez emocji. Ci, którzy nie są w ogóle sentymentalni, nie mają empatii, potrzeb duszy, zachwytów i humorów. Ci, którzy żyją po prostu zadaniami do wykonania, pracą, odpoczynkiem, który pojmują jako reset z alkoholem albo zwykłe niemyślenie. To takie osoby, które, gdy z nimi rozmawiam, manifestują swoją ignorancję prawie jak napis wyświetlony na czole. Szydzą z przeżyć, wierzeń, religii, relacji innych niż te partnerskie. Nie mają wyczucia w niczym i sprawiają, że wszystko we mnie się zamyka. Właśnie na nich.

Artyści, którzy wpadają w niedorzeczności są drugim obozem. Kojarzę kobiety przywiązujące się do miejskich znaków, ukazując rzekomo przez to swoją kobiecość. Mężczyzn, którzy żyją w jakiejś nieprzystającej do realiów rzeczywistości, zachwycający się czymś przez nieadekwatnie długi czas. Niezorganizowanych, nieodpowiedzialnych, narzekających tylko na świat. Wpadających w transy, tworzących performanse z zabijania.  Jeszcze inni uciekający w używki, by tylko poczuć odlot. Niepracujący, często aspołeczni.

Świat jest pełen piękna, okazji do wzruszeń, przyjaźni i miłości, a jednocześnie wpisana jest w niego codzienność. Potrzeby fizjologiczne. Trzeba jeść i na to jedzenie zarobić. W swoich, nawet najrozleglejszych przemyśleniach umieć dojść do konsensusu i uzyskać jakiś wniosek - konkret. Mieć swoje zdanie, wyrobione w praktyce życia.

Każdą z osobowości, którą ciągnie w jedną lub drugą stronę, można podszkolić. Nie można powiedzieć, że jest się zimnym kamieniem, którego nic nie dotyka, wyśmiewając się ze wszystkiego, co wyższe. Jednocześnie nie można być lotną duszą, która stwierdzi, że pociąga ją tylko to, co niematerialne i pozostawiać siebie na pastwę losu, utrzymywanie przez innych.

Te dwie nogi. Właśnie ludzi stojących na nich obu jednocześnie tak bardzo cenię. Ludzi, którzy łączą oba światy. Umieją podjąć męską decyzję, coś zorganizować, zaplanować. Gdy trzeba, wstać wcześnie rano bez marudzenia, choć im się nie chce. Potrafią wziąć za kogoś odpowiedzialność, załatwić, co trzeba. Jednocześnie można z nimi porozmawiać o swoich przeżyciach, wrażeniach estetycznych, o pięknie, rozterkach, relacjach. A oni nie tylko słuchają, ale też mają coś do powiedzenia od siebie. Z autopsji.

Jak bogaci są tacy ludzie i jak bogata jestem ja, że dane było mi ich poznać!
Taki powinien być ojciec i matka dla dziecka.
Tacy powinni być dla siebie małżonkowie.
Takie powinny być dorosłe dzieci dla swoich rodziców.
Przyjaciele dla przyjaciół.

Nudny ten świat bez prawdziwego, wrażliwego człowieczeństwa i skory do upadku bez twardego stąpania po ziemi.
Warto wziąć sprawy w swoje ręce i śmiało przy tym zerkać w niebo. A niekiedy po prostu się zapomnieć. Zupełnie zapomnieć.
Pomyśl, czy nie straciłeś tego, kim jesteś wewnątrz.





Orkiestra nurtu rzecznego

Czas to z jednej strony coś niewidzialnego i nieuchwytnego, coś co mogłoby stanowić definicję abstrakcji i antonim namacalności. To coś, co ...