poniedziałek, 25 listopada 2019

Gdyby odcedzić dzień

Kiedyś myślałam, że warto w ciągu dnia poszukiwać dobrych momentów pomiędzy tymi trudnymi czy niewygodnymi. Pisałam o tym, że każdy dzień ma przynajmniej jeden momencik natchnienia, oderwania, inspiracji. Owszem, ma, ale od niedawna zaczęłam szukać tych momentów nie tylko w komforcie. Nie tylko w czasie wolnym od nerwów, rutyny, zbytniego przejęcia, zmęczenia, znudzenia, irytacji.

Wiele jest dni, które zaczynają się myślami o obowiązkach, trwają w ich wypełnianiu i kończą się nimi. Zasypia się wtedy w napięciu i myśli o kolejnych rzeczach do zrobienia. Praca, która w pewnej mierze jest pasją, też męczy i nuży, gdy jest jej dużo, gdy trzeba ciągle tworzyć, kreować, myśleć za siebie i osobę, z którą się pracuje. Gdy nawet w czasie gorszego dnia, nasz umysł musi pracować na najwyższych obrotach. A wszystko to z zegarkiem w ręku. Z zegarkiem, który mógłby dla mnie nie istnieć.

Trudno duszy artystycznej i melancholijnej funkcjonować sprawnie w świecie grafików, godzin i terminów. Udaje się to, lecz wymaga nie lada wysiłku. Mimo to, szukam, szukam, szukam...

Czy można jednocześnie coś uwielbiać i nie znosić? Kogoś kochać i irytować się nim. Jeszcze jak! I choć pełznę często przez godziny terapeutyczne z dziećmi, które niekiedy są nie do zniesienia, kocham je całym sercem. To właśnie daje siłę! Dwie lub więcej osób jest we mnie w jednym czasie, a ja chcę patrzeć na tę najpiękniejszą. Na niej się skupiać i ją wydobywać. W melancholii mijania tych samych schodów i korytarzy w tej czy innej pracy, odnajduję coraz częściej piękne twarze. Dobre momenty, które trafiają do moich zmysłów i cieszą, jakby były tylko moje. Nikt nie musi o nich wiedzieć. Ja wiem, że są i chcę myśleć o nich wytłuszczonym drukiem.

Wielki korek w mieście i moje myśli, że to już kolejna godzina w dusznym autobusie. Kolejna, a wczoraj było przecież podobnie. I wracam do domu tylko po to, by niedługo znowu wyjechać i przemierzać tę samą drogę. Trudno skupić myśli przez zmęczenie, często smutek albo samotność. Tak wyglądał jeden z wielu moich dni. Nie umknęło jednak mojej uwadze dziwne i intrygujące niebo przed zachodem na horyzoncie. Jeszcze na przystanku. Wszystkie moje zmysły kierowałam ku niebu i tej atmosferze, która wybijała się ponad tłum czarnych kurtek. Przez małą szczelinę między ludźmi obserwowałam to piękno i pozwoliłam sobie na wejście w ten świat. Po wielu minutach zauważyłam nadlatujące stadko czarnych ptaków, które przelatywały nad dachem naszego pojazdu. Słońce zdążyło się już obniżyć pod takim kątem, że jego czerwone promienie smagały ptaki od dołu. W ich locie. Gdy tak leciały, poruszając skrzydłami, zdawało się, że przeobraziły się w migające na czerwono lampiony. I choć patrzę w niebo od dziecka, nie widziałam nigdy takiego zjawiska! Pełny autobus ludzi wpatrzonych w ekrany, nie widział tego, co widziałam ja. Podziękowałam za ten moment. Za ten korek!

W czasie rozwiązywania zadań, o których nie miałam siły nawet myśleć, usłyszałam piękne słowa o miłości, a osoby, które mogłyby wydawać się ograniczone intelektualnie, pokazywały mi, że to ja jestem ograniczona. Przez swój egoizm. Ktoś, kto buntował się przeciw prostemu obowiązkowi, będąc jeszcze dzieckiem i mając do tego prawo, pokazał mi, jak to ja jestem niecierpliwa i niewyrozumiała.

Uczę się bez końca. Uczę się cedzić dzień i wyławiać te małe momenty, przez które stuka do nas piękno. Wartości i cudowne momenty, które małym paluszkiem pukają w grubą szybę naszego zmęczenia, znudzenia i zrezygnowania. Moja szyba czasem jest tak gruba, że nie usłyszałabym uderzania pięściami. Najbardziej pancerną warstwą jest ta, którą budują przyzwyczajenia i rutyna. Przecież ja rano wiem, jak będzie wyglądał ten dzień (znam grafik!) i wiem, że czekam na wieczór, bo tu nic mnie pozytywnie nie zaskoczy. Nic nie porwie. Czyżby?

Łatwo się oszukać, a Pan Bóg, który jest Bogiem prawdy, pokazuje nam codziennie przynajmniej kilka jej oblicz. Pokazuje nam małe cuda i niech to On uczy nas cedzić dobro od zła.
Odcedzić te drobne perełki dobra, skupić na nich wzrok i nimi się cieszyć. Nimi żyć. Dla nich wstawać i na nie oczekiwać. Tam jest nadzieja, tam jest życie, tam jest Bóg.


poniedziałek, 4 listopada 2019

Nieukrycie

Największej oazie spokoju
Zaciśnie wokół brzucha nerwową obręcz
Nagły wyprost wgniecenia plastikowej butelki
Zahartowane nawet serce
Ugnie się
Przeszyte wzrokiem prawdziwie zaciekawionej miłości
Najściślejsza niezależność zatęskni szczerze
W nieoczekiwanym momencie

Nie wyjątki potwierdzają regułę
Regułą są wyjątki
A wszyscy wyjątkami

Najdelikatniejsza
Najbardziej wątła
Życiem przygaszana
Prawda o nas
Wypowie się sama

Niekoniecznie naszymi ustami
Wydostanie się
I samodzielnie będzie oddychać



środa, 9 października 2019

Niezrozumiałe nierówności

Plamy plamy plamy
Widoku na wskroś
Słońce wciśnięte między włókna
Dalej zgrubienia których za dużo
Znowu plamy
Jakby dziury w cienkich tylko pończochach
Chcące być widzialne

Kto i kiedy
Zbyt mocno naciągnął
Za krótkie prześcieradło
Czasu
Nierówno naciągnięte
Niejednolite

Nie okryje równomiernie
Nie podtrzyma ciała
A coraz bardziej bezwładne

Za krótki materiał
Źle rozpracowany
A miał potencjał
Miał przecież potencjał
Producent ponadczasowy
Na metce

Zbyt mało czasu na sedno
Nawarstwienia musu
Trzy warstwy czasu włożone
W utrzymanie chwil
A sedno w chwilach!
Słabych za małych
Prześwitujących


niedziela, 1 września 2019

Egzamin z kolorowanki

Pamiętam momenty, kiedy siedziałam nad kolorowanką, z pudełkiem starych, nowych, długich, krótkich, zatemperowanych i połamanych kredek różnej maści przy sobie. Przy domowej ławie albo przy plastikowym ogrodowym stole. Zawsze starałam się kolorować najpiękniej, jak potrafię. Przez te starania dociskałam kredkę tak mocno do papieru, że ledwie unikałam podziurawienia kartki. Zazwyczaj wybranym przez siebie kolorem robiłam ciemną obwódkę wokół obszaru, który chciałam pomalować, a wnętrze wypełniałam nieco lżejszym odcieniem. Pamiętam to, że nikt nie oceniał moich prac. Nie wiedziałam, która jest godzina, nie próbowałam dzielić pracy na kilka dni. Gdy już zaczęłam, musiałam skończyć. Gotową pracę obejrzałam i gdy byłam w miarę usatysfakcjonowana, szybko przestawałam patrzeć i zajmowałam się kolejnym zadaniem. Lubiłam to. Poświęcałam temu zajęciu całą swoją uwagę i chęć. Niekiedy kolorowało się w grupie z innymi, czasami samemu w pokoju. Dobre to były chwile. Z wysuniętym z pilności językiem, gdy robiło się to, na co miało się ochotę, nie myśląc o tym, że będzie się ocenianym. Nie było z tego egzaminów, nikt nawet nie musiał wiedzieć, że to robię. Nie było stawki godzinowej, robiłam to za darmo. Boże, jakie wtedy wszystko było proste... Nawet, gdy byłam starsza, dużo bardziej świadoma - potrafiłam równie skutecznie wchodzić w stan pracy nad sprawą, która była wynikiem mojej soczystej, młodej ambicji. Ambicji, która nikomu nie chciała niczego udowadniać. I wiele było takich czynności. Stworzenie kuferka na skarby i zakopanie go w ogródku było jedną z nich. Ot tak, w nieświadomości, że zabawa ta zainspiruje kiedyś do stworzenia bloga. Było też tworzenie swojej małej hodowli kaktusów, samodzielna budowa domku na drzewie, czy szałasu. Całodniowe zbieranie porzeczek w ogrodzie u babci, tworzenie mini-spektakli dla rodziny. Kilkudniowa budowa ogromnego zamku w piaskownicy, z którego było się dumnym tygodniami. Przygotowywanie piosenek na kółko muzyczne, tak zupełnie dla siebie, bo na ocenie w ogóle mi nie zależało. Sprawdzanie swoich możliwości i śpiewanie w ukryciu w taki sposób, którego wstydziłabym się przy ludziach. Rysowanie planów pokoju i domu zgodnie z wytycznymi wyszukanymi w czasopismach architektoniczno-wykończeniowych. Robienie plakatów, które potem nawet nie wisiały na żadnych drzwiach. Zbieranie kwiatków, które miały być rzucane w Boże Ciało pod stopy księdza niosącego Najświętszy Sakrament. Wielka wyprawa po najpiękniejsze kwiaty, które miały być podeptane. Zero zazdrości w czymkolwiek. Raczej podziw dla innych i radość z ich pomysłów. Gry w podchody i długotrwałe wymyślanie swoich zasad. Wycieczki rowerowe wokół wsi, które wydawały się tak długie. To zatracanie się. Organizowanie ogniska w sadzie za domem, które trwało AŻ DO PÓŁNOCY! Próba hodowania biedronek i skwapliwe szukanie informacji, czym się żywią. Jeszcze przed dobą internetu. Nigdy nie zakończone sukcesem, ale wytrwałe próby nauki hamowania na rolkach.  Każdy dzień, który był przygodą. Wielkie wydarzenia, które dorośli określają codziennością. Do dziś są dla mnie wielkie. Całodzienne grabienie skoszonej trawy albo plewienie na grządkach babci. Co do jednej trawki! Co do zasady! Wszystko było ważne, przejmujące, niezwykłe i prawdziwe. Szybkie dojadanie obiadu w zimowe popołudnia, by jak najprędzej móc postawić na stole pudełko ze zmieszaną plasteliną. By móc cały dzień tworzyć z tych śmierdzących szarych kul, które barwiły palce. A kiedy były za twarde, trzeba było położyć na chwilę przy kominku, by je rozmiękczyć. To była sztuka, by zabrać je stamtąd w idealnym momencie. Przy kominku też suszyły się namalowane farbami dzieła i przemoczone buty po zbyt długiej zabawie w śniegu.
Nie. Nie tylko wczesne dzieciństwo takie było. Późniejsze też i jeszcze późniejsze też.
A teraz, pozostało tak niewiele momentów, środowisk i przestrzeni, by móc pochylić się nad czymś dla hecy. Z całą zapalczywością, nie myśląc o czasie.
Spadły na nas tony testów, zegarów, niepogody i porównywania. Zaczęły przygniatać powinności, harmonogramy, obojętność innych.
Nasze drogi coraz bardziej się rozchodzą. Tak, jakby nie pamiętały wspólnych wieczorów przy kolorowankach, które w tamtych momentach były jedynym celem. Jedynym środkiem.
Jak to wskrzesić?
Nie przeszłość. W teraźniejszości taki zapał, swobodę i twórczość. Oddanie. Jak?


niedziela, 25 sierpnia 2019

I dalej

Trudno opisywać uczucia, które wiążą się z jakimś dziwnym stanem. Na przykład takim, kiedy z różnych stron dotyka cię jakiś zawód. Czujesz się zawiedziony, choć nie potrafisz jasno określić kto i kiedy coś ci obiecywał i kiedy miał to spełnić, a tego nie zrobił. Nigdy nie potrafiłbyś jasno określić, czego chciałeś i oczekiwałeś. Trudno jest, gdy pewne przekonania, wierzenia, ufności, które nosiłeś w sobie przez ostatnie lata, których mocno się trzymałeś, jakoś nagle stają się nieistotne. A nieistotne dlatego, że przestały się sprawdzać w rzeczywistości. Nie czujesz się całkowicie oszukany, ponieważ wszystkie te wartości same w sobie nie okazały się fałszywe. To twoja rzeczywistość na różnych frontach pogalopowała w inne miejsca niż mogłeś przypuszczać. W innym tempie, w inny sposób. To ona się zmieniła, a fakt ten potęguje poczucie zagubienia i utratę elementów twojej tożsamości.
Pewnie życie składa się z iluś żyć, o których sam musisz zdecydować kiedy je kończyć i kiedy zaczynać kolejne. Trudno to wyczuć.


niedziela, 14 lipca 2019

Dobrze nie zestarzeć się w młodości

Nie ukrywam. Nie ukrywam, a wręcz mówię wprost - za dużo już. Za dużo już we mnie obojętności. Tak, jakby wszystko odbywało się w obrębie naskórka. To, co mnie dotyczy, w czym biorę udział. Kiedyś wnikało głęboko w skórę, jak najlepszego gatunku tatuaż. Dużo tych tatuaży zostało. Kilka spraw wniknęło głębiej, aż go wnętrzności podtrzymujących życie. Nagle te sprawy, które wytatuowały wnętrze, stały się integralną ich częścią. Od wtedy krew doprowadza tlen i składniki odżywcze także do nich. Duże, przełomowe wydarzenia. Niespełnione, bądź spełnione w nieoczekiwany sposób wyobrażenia. Wszystko, wszystko. Każda głupota, każdego dnia, w każdym czasie. Wszystko jakoś miało tendencję do lokowania się w różnych tkankach. A teraz? Idę, idę, idę i przymykam oczy na chmarę tego, co mnie otacza. Jak gdybym wchodziła w skłębione stada owadów. Ocierają się o mnie, połaskoczą, a czasem nawet ugryzą. Upiją trochę krwi, może wpuszczą jakiś jad. I tak jednak cały ból i swędzenie, które fundują, wszystko to odgrywa rolę w warstwie naskórka. Radości i doczekane końcówki etapów. Spotkania i pogody. Wiatr sprawił we mnie erozję. Z dnia na dzień przybieram coraz bardziej opływowy kształt, a tkanki zbijają się coraz szczelniej. Zbijają się tak, że uszczelniają różne pory i szczelinki. Nic nie wnika głęboko. Idę i wzruszam ramionami. Z ładną skórą lub z pogryzioną twarzą. A sprawcą wszystkiego jest czas. Tak bardzo obojętny, jednostajny, niezmęczony. Niewrażliwy na wszystko. Każdym wschodem i przychodzącym po nim zachodem przeciąga po naszych grzbietach, jak papierem ściernym. Wygładza i szlifuje. On chyba chce zniwelować w nas wszystkie opory. Pragnie, byśmy poddali się jego nurtowi, przyjęli jego tempo. Tak, że żadne okoliczności nie złapią nas w garść, bo będziemy jak wysmykujące się z dłoni mydło.
Dopiero między jednym a drugim pędem, gdy przychodzi chwila na to by usiąść i zmienić treść myśli odczuwa się ból brzucha. Odczuwa się ból serca i umysłu. Tak, bo mimo szczelności ciała, rzekomej obojętności, zapomnieliśmy, że wszystko, co się nam zdarza i zdarzało piliśmy w pośpiechu, jak zapomnianą przy porannym ubieraniu kawę. Taką zaraz przed zamknięciem drzwi. Taką, o której potem myślimy rozważając, czy w ogóle ją wypiliśmy.
Nie da się być całkiem obojętnym, znudzonym. Zmienia się tylko kanał przyjęcia. Częstotliwość, miejsce, pole absorbowania. Może zmysły, które są bramą. Nie wiem...
Przechodząc przez ogień z zamkniętymi oczami i korkami w uszach nie unikniemy poparzenia. A będąc zalewani miłością ze wszystkich stron, nawet w czasach zniechęcenia, nie unikniemy roztopienia serca. Choćbyśmy chcieli od niej uciec i gdybyśmy udawali, że nas nie interesuje.
Ciekawe, ile jeszcze w życiu będzie tych typów przyjmowania. Na ile sposobów będzie dało się do nas dostać. Ile odporności na dobro i zło w sobie wyrobimy, ile skorupy?
Wszystko to mnie ciekawi. Jacy jesteśmy i jacy będziemy? Jaka jestem i jaka będę?

Dobre są takie dni, gdy bada się siebie i swój świat. Dobrze zaktualizować swój stan, przygotować się do dalszej drogi. Dobrze uporządkować wspomnienia do odpowiednich szuflad i zdobyć nad nimi panowanie. Dobrze nie zestarzeć się w młodości.


czwartek, 27 czerwca 2019

Rozkrok na obu niefizycznych nogach

Żyję sobie i żyję. Z tyloma ludźmi już przeżyłam różne sytuacje, burzliwe czy trudne okresy, nudę, niepewność, załamanie, zwykłe dni. Po tym całym czasie odkrywam to, że kocham, ko cham wszystkich tych, którzy chodzą na dwóch nogach. Nie chodzi mi tu o nogi w ujęciu fizycznym.

Osoby, które żyją zupełnie bez piękna, bez muzyki, bez emocji. Ci, którzy nie są w ogóle sentymentalni, nie mają empatii, potrzeb duszy, zachwytów i humorów. Ci, którzy żyją po prostu zadaniami do wykonania, pracą, odpoczynkiem, który pojmują jako reset z alkoholem albo zwykłe niemyślenie. To takie osoby, które, gdy z nimi rozmawiam, manifestują swoją ignorancję prawie jak napis wyświetlony na czole. Szydzą z przeżyć, wierzeń, religii, relacji innych niż te partnerskie. Nie mają wyczucia w niczym i sprawiają, że wszystko we mnie się zamyka. Właśnie na nich.

Artyści, którzy wpadają w niedorzeczności są drugim obozem. Kojarzę kobiety przywiązujące się do miejskich znaków, ukazując rzekomo przez to swoją kobiecość. Mężczyzn, którzy żyją w jakiejś nieprzystającej do realiów rzeczywistości, zachwycający się czymś przez nieadekwatnie długi czas. Niezorganizowanych, nieodpowiedzialnych, narzekających tylko na świat. Wpadających w transy, tworzących performanse z zabijania.  Jeszcze inni uciekający w używki, by tylko poczuć odlot. Niepracujący, często aspołeczni.

Świat jest pełen piękna, okazji do wzruszeń, przyjaźni i miłości, a jednocześnie wpisana jest w niego codzienność. Potrzeby fizjologiczne. Trzeba jeść i na to jedzenie zarobić. W swoich, nawet najrozleglejszych przemyśleniach umieć dojść do konsensusu i uzyskać jakiś wniosek - konkret. Mieć swoje zdanie, wyrobione w praktyce życia.

Każdą z osobowości, którą ciągnie w jedną lub drugą stronę, można podszkolić. Nie można powiedzieć, że jest się zimnym kamieniem, którego nic nie dotyka, wyśmiewając się ze wszystkiego, co wyższe. Jednocześnie nie można być lotną duszą, która stwierdzi, że pociąga ją tylko to, co niematerialne i pozostawiać siebie na pastwę losu, utrzymywanie przez innych.

Te dwie nogi. Właśnie ludzi stojących na nich obu jednocześnie tak bardzo cenię. Ludzi, którzy łączą oba światy. Umieją podjąć męską decyzję, coś zorganizować, zaplanować. Gdy trzeba, wstać wcześnie rano bez marudzenia, choć im się nie chce. Potrafią wziąć za kogoś odpowiedzialność, załatwić, co trzeba. Jednocześnie można z nimi porozmawiać o swoich przeżyciach, wrażeniach estetycznych, o pięknie, rozterkach, relacjach. A oni nie tylko słuchają, ale też mają coś do powiedzenia od siebie. Z autopsji.

Jak bogaci są tacy ludzie i jak bogata jestem ja, że dane było mi ich poznać!
Taki powinien być ojciec i matka dla dziecka.
Tacy powinni być dla siebie małżonkowie.
Takie powinny być dorosłe dzieci dla swoich rodziców.
Przyjaciele dla przyjaciół.

Nudny ten świat bez prawdziwego, wrażliwego człowieczeństwa i skory do upadku bez twardego stąpania po ziemi.
Warto wziąć sprawy w swoje ręce i śmiało przy tym zerkać w niebo. A niekiedy po prostu się zapomnieć. Zupełnie zapomnieć.
Pomyśl, czy nie straciłeś tego, kim jesteś wewnątrz.





niedziela, 16 czerwca 2019

Jak kwiatki na niebie

Na początku był opis. Długi i skomplikowany. Wiele lat trwało całe to obserwowanie świata, ludzi wokół. Różnych zależności, zjawisk. Rozpoznawanie i zapamiętywanie nazw. Długo trwało, zanim wiele rzeczy dostrzegłam, zrozumiałam - albo i nie - jak w większości przypadków. Tak długo wiele rzeczy banalnych, skrajnie prostych i oczywistych dla innych - nie mogło się we mnie pomieścić. Nadal to, co życiowe, schematyczne, zwykłe, chronologiczne i zwyczajne w życiu, jest dla mnie niepojęte, niewykonalne lub obce. Dlaczego? Nie wiem.
Tyle różnych sfer w jednym człowieku, w grupie, w całym społeczeństwie. W ciągu dnia codziennego i na przestrzeni dłuższych okresów. O, jak wiele razy na to wszystko patrzyłam, tylko dlatego, że MUSIAŁAM się wszystkiemu przyjrzeć. Musiałam, bo przymuszało mnie do tego coś, co we mnie jest. Do dziś nie wiem, co to. Patrzę na, nawet bliskie, osoby i widzę, jak wiele rzeczy przyjmują, ot tak. Chciałabym tak umieć. Przyjąć coś, bo tak. Bo tak jest, tak się robi, taka kolej rzeczy.
Wszystkie, nawet najmniejsze rzeczy, mają czasem znaczenie. Przemawia przeze mnie jakaś głęboka sentymentalność i ciągłe zawieszenia wzroku. Nawet tego wzroku duszy. Wszystko jest pamiętnikiem i wszystko jest wpisem do niego. Wszyscy wokół są tak potrzebni i niepowtarzalni. Tak nieprzezbyci, uparci, zatopieni w swoich światach. A ja patrzę na nich. Są jak przymusowe rozpraszacze, w moim świecie, na którym się skupiam, nad którym muszę tak bardzo się pochylać, żeby go utrzymać w ryzach. Żeby to jakoś szło. A jak już się rozproszę, to wracam potem z trudem do ogarniania. I tak ciągle. I tyle jest chcenia, żeby robić coś dobrze, systematycznie, poświęcić się temu. Ale przecież wokół tyle zamieszania! Tyle zaskakujących rzeczy, dla których potrzeba wieeeele czasu, by je rozkminić.
I tak. Cóż począć z fuzją duszy artystycznej i analitycznej?
A z wiekiem, choć analiz jest wiele, stają się tak rozległe (i to w trzech wymiarach), że aż trudno je zapisać. I im więcej doświadczeć, im więcej suchych obserwacji, czy też emocjonalnych przeżyć, tym częściej wszystkie analizy układają się w coraz to bardziej syntetyczne wiersze.
I są dni, gdy wszystko jest wierszem.
Krótką aprobatą, wykrzyknieniem nieokreślonych emocji, ironiczną przyśpiewką czy najzwyklejszą satyrą. Czasem powierzchownie, dla żartu, bo tego wymaga smutne niekiedy życie. Czasem głęboko, tak, że nawet nie da się tego zinterpretować.

Idę po ziemi w ciężkich butach.
W topornych, ciągnących w dół tak, jak gdyby wypełniał mnie hel, a one były obciążnikami.
Idę tak, że robię to prawie przez całą dobę. Trzymam się kursu i staram się nie wzlatywać.
Lecz cóż....
Dusza i myśli nie mieszczą się w butach.
I uciekają.
Bo jak tu nie uciekać, gdy są kwiatki na niebie.
Kwiatki i statki
I inne przypadki,
W które i tak nikt nie uwierzy.





czwartek, 6 czerwca 2019

Kaktus z życiem

Gdy idziesz, w pocie czoła przez pustynię i mija wiele dni - nagle wszystkie zlewają się w jeden. Towarzyszy ci uczucie zbyt powolnego chodu, jak na wysiłek, który w niego wkładasz. Piach jest bardzo miałki, grząski i - na dodatek - gorący. Idziesz siłując się z podłożem, które spowalnia cię niemiłosiernie. Czasem widzisz jakieś suche krzaczki, dalekie osady. Nie wiesz, czy to fatamorgany, czy prawdziwe zjawiska, które po prostu zawsze są zbyt daleko, by do nich dotrzeć. Idziesz, a wokół zmienia się pogoda i wygląd nieba w czasie każdej doby. Gdy przychodzi noc i robi się tak zimno, skulasz się i przysypujesz piachem. Ostatnio nawet nie pamiętasz dokładnie, kiedy zasypiasz. Wszystko to jeden długi dzień z postojami na drzemki. Czasem drzemiesz idąc, a czasem śpiąc, śnisz tak intensywnie, że mylisz sen z jawą. I szukasz życia. Szukasz tego cholernego życia wokół siebie. Czegoś, co będzie do ciebie bardziej podobne niż piach i wiatr, który go niesie. Raz na kilka miesięcy napotykasz kaktusy, które trzymają pion dzięki resztkom życia. I do tych resztek tulisz się jak szalony! Kolce wbijają się w każdą część twojego ciała. Są tak długie, cienkie i ostre, że mają dostęp niemal do każdej tkanki. Nawet do tych najgłębszych - najistotniejszych dla twojego życia i tych, które się nie regenerują. Boli jak ***, ale tulisz się, bo nie możesz się oderwać. W końcu upływ krwi jest tak intensywny, że odpuszczasz. Odklejasz się od rośliny, jak skóra od rozżarzonej szyby kominka. Wiatr suszy rany, a ty idziesz przez kolejne miesiące z bólem i niewiadomą tęsknotą za kaktusem. Idziesz, grzęźniesz, idziesz, przedzierasz się. Oddychasz przez nos, zaciskając zęby. Zaciskasz je z bólu, a wmawiasz sobie, że chcesz po prostu uniknąć piachu w ustach. Co jest w tym innym życiu, że tak przyciąga. Że tak go potrzebujesz. Czy jesteś wrażliwy, czy masochistyczny? Nie wiesz, ale wiesz, że im dalej idziesz sam, tym bardziej zamazuje się w twej wyobraźni obraz rośliny. Zapominasz, jak to jest mieć życie przy sobie. I znowu coś majaczy w oddali. Może nawet byłaby tam oaza i woda, która może orzeźwić ciało. Omijasz wszystkie oazy, bo przecież pragnienie ciała jest niczym przy pragnieniu duszy. Idziesz, bo w tej monotonii odnajdujesz stabilizację. A może właśnie tak ma być? Może ta droga, ten piach w pod stopami i w zębach, to coś, co ma cię kształtować? Wspomnienie o kaktusie ściska brzuch, ale już tak rzadko, że zaczynasz odzyskiwać spokój. Śmiejesz się z wysuszonych kępek traw i krzaczków, które czasem mijasz. Szydzisz, bo próbują udawać życie, próbują jakoś być. Żałosne to. Są jak ten piach, tylko w innej formie. Idziesz. O zgrozo! Na horyzoncie pojawił się nowy kaktus. Witalny, jak gdyby ogrodnik przylatywał śmigłowcem raz w tygodniu, pokonując tysiące kilometrów, tylko po to, by go podlać. Ma rozmach! Rozsądek każe ci patrzeć w inną stronę. Minąć zieloną kolumnę, jak gdyby była kępą suchej trawy. Za późno. Nawet nie wiesz kiedy całą osobą przylgnąłeś do tego pomnika życia. Uciśnięty w twoich ramionach wypuścił jakieś soki, które są dla ciebie jak ożywczy deszcz. Napój, który dał nadzieję na pełnię. Co ty robisz? Przecież wiesz, jak to się skończy. Dobrze wiesz, do jasnej anielki, jak to się skończy, ale wiem... nie jest to od ciebie zależne. Po prostu twoje serce już bije tylko dla niego. On wbija w nie milion kolców, a ono bije i tak dla niego. Jaki w tym sens? Gdzie jest granica twojej wytrzymałości?
Nie wiem, gdzie zostaniesz. Przy destrukcyjnym drugim życiu, czy przy drodze, która nie ma końca i celu.
Tyle krwi już oddałeś, tyle krwi. A te najgłębsze rany, które bolą permanentnie i najmocniej, zabierają ci chęć życia. Te po pierwszym, drugim i każdym innym życiu.
Może zakop się w piachu na noc, zaśnij, a gdy przyjdzie dzień, nie wychodź. Zakop oczy, uszy, a przede wszystkim, serce. Zakop, bo ono jest zdradzieckie. Bije, byś żył, a prowadzi do tych, co uśmiercają.
Morału nie ma, bo i tak pójdziesz do życia, które przyciągnie cię całego, by twoje wyposażyć w ból. I tak pójdziesz. Tak sobie mówię do siebie...


poniedziałek, 27 maja 2019

Kury i brak lądowiska

Pełne zaufanie tak rzadko się opłaca
Prawie nigdy nie spotyka przystającej odpowiedzi
Pełne zaufanie jest niewidzialne i niedotykalne
Nawet nie wiem kiedy je daję

Nie wiem jakiej dokładnie jest wielkości
Ale wiem że nie mieści się we mnie
Więc choć nie opłaca się go dawać
Ja daję

Daję bo wylewa się ze mnie
I chce wychodzić na wszystkie strony

A co jeśli w którejś z tych stron będzie niewłaściwa osoba
A ile razy już była
I będzie
I choć to wiem dalej daję

Pełne zaufanie mówi nie rozumowi
A serce go nawet nie pyta

Niedopasowanie jest tak wszechobecne
A chęć oddania się  tak obezwładniająca
Że to jest właśnie problem
Ten największy

Kury chcą latać bo mają skrzydła
I będą próbować przez tyle wieków
Aż przechytrzą czas i zmotywują ewolucje

Może nasze serca
Te ludzkie chcące się wyrwać
Pobudzą ewolucję
Może zaczną latać

A gdy zaczną latać
Może wylądują
Na właściwym lądowisku


Orkiestra nurtu rzecznego

Czas to z jednej strony coś niewidzialnego i nieuchwytnego, coś co mogłoby stanowić definicję abstrakcji i antonim namacalności. To coś, co ...