czwartek, 14 kwietnia 2016

WIĘCEJ niż CHOROBA.

Na co cierpi tylu z Was wokół?
No na co?
Na POWIERZCHOWNOŚĆ.
O jak żałosna jest ta Wasza powierzchowność!
Byle szybko, byle do syta, byle bez zastanowienia.
Bez myśli, bez uczuć, bez duszy.
Bez otwartości, bez zmian, bez zachwytu.
Bez nowości, bez wspominania, bez przeżywania.

W KAŻDEJ MATERII powierzchowność.
Jestem przerażona. Przerażona Wami.
Zszokowana. Skonsternowana.
Jak możecie tak żyć?

Jak możecie tak iść?
Jak i po co? Dokąd?

I dlaczego powierzchowne skłonności, urwane myśli, czy proste instynkty nazywacie uczuciami?

Dziękuję Wam, którzy zachowaliście w sobie prawdę.
Autentyczność, człowieczeństwo, wiarę, piękno i prawdziwe życie.
Wam dziś dziękuję.

***
Do zdrowych:
Zasłuchajcie się w nowej płycie Dawida Podsiadło. Warto!


wtorek, 23 lutego 2016

Prowadzić swoją kukłę.

Macie tak?
Prawdziwe życie odbywa się w środku.
Tętni.
Prawdziwe życie, czyli coś, co popycha do przodu, co sprawia, że oddech sam się nabiera. Coś, co układa twoje dłonie w łódeczkę, by mogły nabrać wody. Krystalicznej wody. Coś, co ściska w brzuchu. Coś, co napędza serce. Coś, co nie jest emocją, nie jest odczuciem. To coś więcej.
W tym jestem ja.

A świat?
Ja nie jestem z tego świata.
Ten świat jest tylko drogą i niestety jego wymagania są obfite. Trzeba. Po prostu trzeba. Trzeba wstać, trzeba ogarniać. Trzeba podnieść ciało z łóżka. Myśleć, o tym, o czym się nie chce. Chodzić tam, gdzie nogi nas nie niosą. Nawet się zmuszać.
Prowadzić swoją kukłę.

Dobrze, że jest dusza.
Dobrze, że jest to prawdziwe JA, które jest w kukle, które pochodzi nie z tego świata. Ono właśnie pozwala z uśmiechem brać kukłę na plecy i nieść ją z nadzieją, że ma to sens.
Prawdziwe życie pozwala stawać koło kukły i patrzeć na nią z boku, a nawet w końcu ją pokochać. Przynajmniej rozumieć.
Daje sposobność do dystansu.

Taka jest codzienność.
Ziemska, teraźniejsza codzienność.
Wielkie tłumy niosące swoje zeprzałe nieraz kukły.

MAM JEDNAK NAJWIĘKSZĄ Z MOŻLIWYCH RADOŚCI.
Mam prawdziwe życie, z którego patrzę na swoją kukłę.
Potrafię się z niej śmiać. Potrafię ją ochrzanić.
Potrafię nad nią pracować. Potrafię ją pielęgnować.
Potrafię wzmacniać swoje plecy, by ją na nie zarzucać.


I tak idę i niosę swoją kukłę, ale nie bez sensu, nie na śmierć.
Niosę ją, by kiedyś mogła zlać się w jedno z Prawdziwym Życiem.


Wszystko, co najlepsze, jest w prawdziwym życiu.
A radością nieodpartą jest to, że jeszcze tu, na ziemi (rzadko, ale jednak) spotykam prawdziwe życia ludzi, którzy niosą swoje kukły. Spotykam ich w całej tej masie nieżywych już dusz, których kukły płyną śnięte z nurtem TEGO ŚWIATA.
Jak się cieszę, że takich spotykam.
Nieśmy tak dalej!
Z głową w górze!


Wiele by tu napisać...
Naprawdę.Wiele.

sobota, 6 lutego 2016

Nawet obrzydliwość robaka. Nawet teraz!

Nie lubię patrzeć na ludzi - maszyny.
Czemu tak wiele maszyn wokół nas?
Gdzie ci wszyscy ludzie, w których pozostała świeżość dziecka?
Gdzie ci ludzie, którzy po prostu są szczęśliwi?
Którzy nie oczekują, tylko cieszą się tym co mają?

Takie to typowe. Takie typowe pytania, nudne. Cholera, ale prawdziwe!
Kiedyś, wszystko zachwycało: zielona trawa, słońce, przechodzący sąsiedzi, przejeżdżające samochody, ruchome schody, wysokość góry, przejeżdżające pod wiaduktem auta, przepływająca pod mostem rzeka. Szerokość tej rzeki i odnaleziona na mapie jej długość. To, że patrząc z góry, w nocy, prawy pas jest czerwony, lewy jasno-żółty. To, że wszystko płynie. To, że są ludzie uśmiechnięci i nieprzejęci. W ogóle to, że są. Ich różnorodność. Ich sposób uśmiechania się, układ zębów w buzi, sposób zaczesania włosów. To, jak mówią i co mówią, ich głos. To, że niektóre dzieci rozmawiają z rodzicami w trakcie spaceru i to, że niektórzy rodzice traktują dzieci, jak pieski do wyprowadzania. To, że jeżdżą wokół nas kolorowe rowery, i te mniej kolorowe składaki, a na nich starsi, chudzi panowie. To, że kwiaty latem podlewa się wieczorem, bo w dzień słońce spali ich liście, przechodząc przez krople wody. 
To, jak zmieniają się pory roku. To, że jesienią naprawdę liście mają milion kolorów.
To, że kaczki - mężczyźni są ładniejsze od kaczek - kobiet.
To, że dorośli też chodzą za rękę. To, że staruszkowie się ciągle pochylają.
To, że jeżeli porysujemy deskę zgniecioną porzeczką, a potem posypiemy ją piaskiem, piasek przyklei się i powstanie niepowtarzalny wzór. To, że aronia mocno barwi dłonie i trudno je domyć.
To, że grube książki też można gładko czytać. To, że gdzieś jest morze, a gdzieś góry. To, że wychodząc na szczyt w Bieszczadach widzisz taki kawał świata, a to jeszcze nie cały świat.
To, że 12 sierpnia naprawdę spadają gwiazdy. To, jaki śmieszny dźwięk wydaje deszcz kapiący z rynny. To, że kotka naprawdę może naraz urodzić kilkanaście kociaków. To, że gwiazdy wywołują zachwyt i przerażenie równocześnie. To, że muzyka ogarnia sobą każdą część ciała i duszy, gdy się w nią słuchasz. To, że ona jest naprawdę wszędzie. To, że skoszona trawa pachnie i barwi. To, że łąka z daleka wygląda inaczej niż z bliska. To, że owady są takie mądre. I takie obrzydliwe...

Zachwycało mnie wszystko to, gdy byłam dzieckiem. Widziałam to wszystko wszędzie, mocno. Totalnie to czułam, całą sobą. 
I wiecie co?
NADAL TO WSZYSTKO WIDZĘ I CZUJĘ.
I nie mam zamiaru być "dorosłą".
Nie mam zamiaru widzieć tylko zegar, kalendarz, mapę, notes, zeszyt, komputer, asfalt pod stopami.
Nie mam zamiaru słyszeć tylko własnego życia, nudnych rozmów i sztucznych obowiązków.
Nie mam zamiaru być sztucznie poważną, okiełznaną osobą, która "wyrosła z przejmowania się pierdołami".

To wszystko nadal żyje. ŻYJE!
Tak! I to wszystko jest sensem!
Posłuchaj i popatrz.
Inaczej: słuchaj i patrz, bo to dzieje się ciągle.
Kocham życie!












sobota, 30 stycznia 2016

Nie wiesz po co.

Mały różowy płatek kwiatu, który kiedyś włożony był między strony książki, teraz drzemie.
Drzemie w papierze, podczas gdy jego bracia dawno zmieszali się z ziemią.
Płatek zachował kolor, choć nieco przyblakł.
Brzegi mu zbrązowiały. To nieważne.
Żyje samotnie. Żyje samotnie w ciszy, w otchłani samotności, w niezrozumieniu, w tęsknocie.
- Moich braci już nie ma. Żyli krótko, ale intensywnie. W pełnym słońcu, w kroplach rosy, doceniane przez przechodzących ludzi, wabiąc pszczoły, które przylatywały i dotrzymywały im towarzystwa. A ja? Ktoś oderwał mnie od życia, włożył tu i trwam.
Samotność boli.
Jestem nieprzydatny.
Nic nie widzę.
Nie wiem jak wygląda teraz świat.
Zapomniałem o słońcu.
Tęsknię.
Moi bracia żyli w pełni, wywoływali uśmiechy.
Po co tu jestem?
Dlaczego sam?

Mijały lata.
Jakaś drobna dłoń otworzyła książkę. Przez przypadek odnalazła płatek. Ujęła go delikatnie i uniosła. Słońce wchodzące przez okno oblało płatek. Kobieta, która go odnalazła poczuła przeszywające wzruszenie. Dłoń zaczęła drżeć.
Łzy kapały po policzkach.
Kwiat przypomniał jej o miłości.
Przypomniał jej miłość.
Jeden, lekko zaróżowiony płatek czekał w książce kilkadziesiąt lat.
Kilkadziesiąt lat niezrozumiałej samotności.
Kilkadziesiąt lat sztucznie wydłużanego życia.
Kilkadziesiąt lat podtrzymywania.
Na płytkim oddechu.
W ucisku.
Żaden jednak świeży płatek, w powierzchowności swojego życia nie dotknął tak głęboko czyjegoś serca.
Żaden kwiat nie rozbudził tak drogich wspomnień.
Inne cieszyły na moment oko. I umarły.
Ten płatek żył, resztami sił, bo miał zadanie.

Żył resztkami sił.
BO MIAŁ ZADANIE.



sobota, 23 stycznia 2016

To naprawdę dziwne...

To dziwne, tęsknić za sobą z kiedyś.
To dziwne, nie móc doganiać czasu.
To dziwne, że wszystko wokół, choć tak kolorowe, tak prężne, dynamiczne, jednocześnie jest szare.
Jak wiele kolorów plasteliny zmieszanych w jedną szarą bryłę, tak wszystko wokół.
Brakuje łąki, brakuje spacerów. Spacerów nie przez zebry. Bez świateł zielono - czerwonych.
Brakuje gorącego asfaltu wąskich ścieżek przy lekko ochłodzonym powietrzu wieczornym. Po skwarze.
Brakuje wspólnoty. Brakuje horyzontu.
O tak, horyzontu brakuje bardzo.
Brakuje płynności, elastyczności.
Za dużo tu rytmu, biegu, tykania zegarów.
Za dużo anonimowych wymagań.
Robisz coś w celu... nagle: właśnie! w jakim celu?
Zdążyłeś zapomnieć.
Codziennie wieczność pochłaniają rytuały.
Nie te własne, lecz te potrzebne.
Potrzebuje ich świat. Ten już dzisiejszy.
On żywi się naszym czasem.
Dzieci, nie pragnijcie dorosłości! Nie pragnijcie!

To dziwne, kiedy kochasz, a miłość odbija się od tej szarej masy. Odbija się i wraca niepodwojona.
Wraca zmęczona do mnie. Niepomnożona. Jak biblijne talenty w ziemi.

To dziwne, tęsknić za ludźmi z kiedyś.
To dziwne, że wieczór kiedyś był długi.
To dziwne, jeść razem obiad.
To dziwne, rozważać wszystko.
To dziwne, odczuwać i smakować.
Teraz nie ma czasu, teraz wszystko dzieje się za szybko.
Zbyt dużo bodźców, zbyt dużo przeżyć.
Budzą w końcu obojętność.
Nadwyrężają wrażliwość.

Ja chcę do parku. Do mojego parku. Do mojego domu. Patrzeć w wodę. Słuchać piękna. Rozmawiać z pięknymi ludźmi. Słuchać wieczornych ognisk. Obcować z wrażliwością. Bez biletu, bez dowodu tożsamości, bez zaliczania etapów, bez grafiku, bez wyścigu, bez ścisku w brzuchu, bez niezdecydowania.
Bez lęku, bez samotności, bez obcości, bez niewiedzy.

To dziwne, tęsknić za tym, co już nie wróci.
To dziwne być tu i czuć niezrozumienie.
To dziwne, że nigdy nie przestaje się tęsknić.
Nawet tu.





niedziela, 13 grudnia 2015

Złudne zastosowanie, złudna wielofunkcyjność.

Gdy była mała, malutka, ktoś dorosły włożył jej do rąk linijkę.
Była porządna, taka na lata.
Na początku potrafiła ją tylko brać do buzi, uderzać nią o stół i własne palce.
Z czasem zmieniała się, dorastała.
Uczyła się coraz to nowych rzeczy z linijką.
Dowiedziała się do czego służy.
Zaczęła rysować piękne, proste linie.
Poznała wiele zastosowań linijki.
To, że wzdłuż niej można przesuwać ekierkę i rysować równoległe proste - w ramach sprytu.
To, że można zrobić z niej wyrzutnię - w ramach zabawy.
To, że można nią mierzyć odległości - w ramach zaradności.
To, że można podkreślać tekst za jej pomocą - w ramach pomagania sobie samej.

Powstawały piękne rysunki. Im później, tym bardziej skomplikowane.
Najpierw zwierzątka, potem trudniejsze obrazy. Wszystkie z prostych kresek.
Rysunek techniczny.
Przekroje.
Rzuty prostokątne.
Perspektywa.
Wszystko.

Kiedyś upadła.
Linijka się złamała.
Załamała się ona.

Nic już nie mogę...
- Możesz - powiedział głos z obcego obszaru.
- Możesz, tylko o tym nie wiesz.
Myślałaś całe życie, że masz tylko jedno narzędzie. Że tylko takie istnieje.
Myślałaś o sobie, że jeśli jesteś mistrzynią tego narzędzia, to jesteś mistrzynią wszystkiego.
Proszę, weź pędzel i farby.

Nie z pędzlem i paletą farb nie wiedziała kim jest. Była dla siebie obca.
Trudna sprawa.
Ale chciała.
Wiedziała, że chciała.
Przestała słuchać dorosłych, przestała słuchać świat, przestała słuchać dawną siebie.
Dała się ponieść prawdziwemu ja, które dotąd nie mogło być uwolnione.
Namalowała obraz.
Cudowny obraz.
Obraz, na którym nie znajdziesz żadnych prostych...





Bądź sobą.

Wyrzuć z rąk to, co włożyli w nie inni.

Bierz to, co sam chcesz brać.

Tak. Jest tego dużo!







piątek, 11 grudnia 2015

Uszatek bez uszu.

Miała misia. Misia Uszatka. Nazwała go tak, bo tradycja głosiła, że klapnięte ucho niesie takie miano. Miał klapnięte.
Imię to coś wielkiego - pomyślała. Musi być wyznacznikiem ciebie, mój misiu. Długo szukała właściwego, aż wreszcie doszła do wniosku, że "Uszatek" będzie najtrafniejsze.
Był nowy, świeży. Plusz jeszcze pachniał. Był miękki jak nigdy potem. Prosto z półki sklepowej. Ideał.
Kochała go. Bardzo się do niego przywiązała. Przytulała go, spała z nim. Gdy miała problem mówiła do niego, jak do najlepszego przyjaciela.
Kochała go. Kochała.
Właśnie. Kochała go?
Kochała misia, czy kochała Uszatka?
Kochała samego misia, czy to że go posiadała?
Kochała misia, poznając go, czy zauważyła u niego tylko klapnięte, urocze uszko, przez co stał się Uszatkiem.
Uszatek miał wiele dobrych cech. Najważniejszą była ta, że słuchał. Zawsze słuchał. Jak mało który przyjaciel.
Ona jednak patrząc na niego, widziała jego piękne uszka, które były przecież jego imieniem.
Czas mijał. Miś spłowiał. Ona wydoroślała.
Misia dorwał pies. Oderwał uszy.
Miś był. Uszatka nie było.
Uszatka nie było - nie było miłości.
Zapomniała, że słuchał. Zapomniała, że był.
Zapomniała, jaki był.
A czy kiedykolwiek to wiedziała?

Co ja w tobie kocham? To, że masz ładne oczy?
Co we mnie kochasz? To, że aktualnie zajmuję się ciekawą rzeczą?
Co w tobie kocham? To, że masz na imię "Zdolności matematyczne"?
Co we mnie kochasz? To, że mam ciekawe umiejętności?
Co w tobie kocham? To, że dzwonisz do mnie, bo masz darmówki?
Co we mnie kochasz? To, że nie zdradziłam innym kim jesteś naprawdę?

Za 20 lat będziemy inni.
Będziemy obcy.
Czy nadal będę kochać? Czy nadal będziesz kochać?
Kochasz mnie, czy moje teraźniejsze imię?
Co ja kocham? Czy kocham?


 

Wiem, że życie zaskakuje.
Podobno, gdy wiesz, że coś cię zaskoczy, nie będzie już zaskoczenia.
A jednak.
Ciągłe, najświeższe zaskoczenia.
I wiele, wiele, wiele miłości i piękna.
Tak się cieszę!




wtorek, 8 grudnia 2015

Zło zła? Czyżby?

Zło jest złe. Banalne. Jasne. Czy ostateczne?
Pesymizm zatrzymuje nas na pierwszym zdaniu.
Nie zdoła. Idziemy dalej.

Przed wielu laty złe tabuny piachu, wielkie fale mórz i hulający nimi wiatr, przykryły swoim żywiołem wiele wiosek i miast. Ludzkich dóbr. Domów. Były złem, zniszczyły je.

Podobne żywioły niszczyły życie wielu zwierząt mknąc przez coraz to nowsze tereny, zasypując je kolejnymi warstwami zła.
Kamienny parapet w ponadstuletnim domu, porośnięty mchem, zaniedbany, nieczyszczony mąci nasz zamysł perfekcjonizmu.

Po latach jednak możemy odkrywać historię oglądając warstwy ziemi. Mogąc ukroić kawałek świata jak kawałek tortu i zajrzeć, z czego jest zrobiony. Możemy odkrywać archeologiczne cacka, poznawać zwyczaje.
Warstwy pozwalają poznać nam czas, głębie.

Cóż więc? Czyżby zniszczenie budowało?
W przyrodzie, jak widać, szaleją paradoksy.
A u nas? W nas?

Tylko Bóg może ze zła wydobyć dobro. I robi to.
Nie bez powodu ludzie giną. W Jego planie, to innych ma nauczyć czegoś dobrego.

Nasze odejścia powodują, że On może nas zawołać.
Nasze odejście sprawia, że po czasie odwracamy głowę gu Źródłu i orientujemy się, że mamy do Kogo wracać.
Nasze zło sprawia, że zaczynamy widzieć dobro.
Jest tylko jeden warunek.
Nasza wrażliwość.

Wrażliwy człowiek skorzysta z tych warstw. Jeśli tylko chce przemiany. Jeśli tylko chce lepiej.
To się potocznie nazywa "uczenie się na błędach".
Tylko dla wrażliwych, tylko dla chcących.
Dla takich zło może stać się produktywne.
Staje się punktem odniesienia.


***
Dziwny ten czas. Nie jesień i nie zima. Nie święta, choć świętami krzyczy wszystko. Nie wiatr, choć porywa kapelusze. Nie tworzenie, choć dusza się wyrywa. Nie szukanie, choć ciągle coś odnajdujemy.
Dziwne przypadki, spotykanie ludzi na ulicy, którzy "powinni być" setki kilometrów stąd. Odkrywanie jak mały jest świat. Nie krótsza doba, a brak czasu.
Nie spanie, a noc.

***
Do kolekcji najpiękniejszych chwil doszło ostatnio wiele. Muzycznych, ludzkich, przyjaznych i uśmiechniętych.
Zadziwia mnie to, jak wszystko się buduje. "Samo".
Dziękuję.




piątek, 27 listopada 2015

Za wcześnie do przodu.

Nigdy nie było tak, że było, jak myśleliśmy, że będzie.
I co?
I tak myślimy, jak będzie.
Gdzie jest koniec?
Gdzie jest ten moment, że jest już jak ma być.
Czy wtedy będzie tak jak myśleliśmy, że będzie?
Czy wtedy będzie tak, że już nie będziemy myśleć jak będzie?

Dorosłość jest zła.



Czasem wystarczy po prostu usiąść, przypomnieć sobie, jak to było, gdy było się dzieckiem i stać się nim.
A co jutro?
Niech ktoś inny traci czas na myślenie o czymś, czego nie będzie.

środa, 18 listopada 2015

Blaszka.

Blaszka wiele razy naginana - łamie się.

Jest w nas dużo takich miejsc nagiętych.
Ile nagięć wytrzymają?





A takie prezenty, jak ten Artysta, łagodzą wszystkie nagięcia.
Wszystko jak nowe!


Orkiestra nurtu rzecznego

Czas to z jednej strony coś niewidzialnego i nieuchwytnego, coś co mogłoby stanowić definicję abstrakcji i antonim namacalności. To coś, co ...