środa, 22 sierpnia 2018

Dwa haczyki, wiele oczu


W tak różnych ludziach – różnej rasy, różnej narodowości, różnego usposobienia, wieku i sposobu bycia – widzę wielkość. W większości z nich widzę ogrom niewykorzystanego potencjału. Wielu ludzi wymaga od siebie tyle, by przeżyć, z dnia na dzień, zarobić, by móc wydać zarobione pieniądze na utrzymanie. Na rozrywkę też wydają. Na sobotni alkohol, by upić się do nieprzytomności. Niektórzy wymagają od siebie trochę więcej. Wymagają od siebie pięknej sylwetki, dbania o pozycję w społeczności, w której się obracają, w miarę zdrowego trybu życia, który znają z reklam i trochę rozrywki na wyższym poziomie – wyjechanie na tygodniowe wakacje z promocyjnej oferty last minute. Tak mało jednak osób wymaga od siebie wielkich rzeczy. Tak mało osób!
Wielkie rzeczy są przecież naszym przeznaczeniem! Są proste, a jednak nie są łatwe.
Widzę te różnorodne osoby jak wyspy, które krążą po tej samej wodzie, lecz nigdy nie mogą się spotkać. Każda tworzy swój ekosystem i czerpie z zewnątrz to, czego potrzebuje. Nic poza tym. Nikt nie chce stworzyć jednego stabilnego lądu. Litego gruntu.
Patrzę na rozmawiających ze sobą ludzi w ciągu powszedniego dnia, obserwuję ich zachowania, gesty, słucham słów. Jestem świadkiem rozmów, które mają tak niskie cele. Budowanie własnej wartości przez czcze obmowy innych. Innych, czyli zawsze gorszych ode mnie. Narzekanie, by ktoś wreszcie docenił mój ból. Nieustanne ocenianie innych z nudów, nie mając pojęcia o tych, których się ocenia. Określanie ludzi słowami, którymi nie określiłabym zwierzęcia. Pełne rodziny, ojcowie, matki, dzieci, które w niedzielę pędzą do kościoła, idą i swoim słowem wkopują się w asfalt. Idą tak i topią się we własnym podłożu.
Niektórzy nazywają to brakiem kultury osobistej, inni – hipokryzją, jeszcze inni mówią, że ludzie to po prostu prostaki i tak to już jest. Trzeba się przecież przyzwyczaić.
A co z potencjałem, który jest w każdym z nich? Potencjałem, który nawet ludzka słabość nie jest w stanie zabić. Zabija go tylko obojętność i brak wymagania od siebie. Brak chcenia.
Gdyby tylko te skrawki dobroci i piękna, które widzę w każdej osobie, podlać, dostarczyć im światła i uwagi, wszyscy bylibyśmy lepszą wersją siebie. Tam, gdzie kończy się egoizm, zaczyna się rozwój.
Nasze małe światy, w których żyjemy, to wszystko , co mamy. Więcej mieć nie będziemy. Nie możemy żyć jednocześnie w każdym miejscu i czasie. Jesteśmy tu, gdzie jesteśmy i tu właśnie mamy wymagać od siebie, by być lepszym. By być dla innych. To tu nas powinno być stać na przemyślane i mądre słowa, na delikatność, empatię, szczery uśmiech, który przecież tak dużo daje. To tu powinniśmy wymagać od innych, by wychodzili poza swoje horyzonty.

Zwierzęta nigdy nie staną się ludźmi, dlaczego więc ludzie tak łatwo  zniżają się do zwierzęcego poziomu?
Czasami wielki obraz potrzebuje dwóch haczyków, by móc prosto wisieć. Wielkie dzieła, by móc zaistnieć w całej swojej okazałości i być inspiracją dla innych potrzebują wsparcia.
Dobrze jest być takim haczykiem. Inspiracją.
Czasem trzeba się zaangażować, szukać okazji, by być wbitym w ścianę, nawet bolesnym uderzeniem. Warto być haczykiem, by kiedyś zostać kustoszem żywej, niepowtarzalnej  wystawy.

niedziela, 5 sierpnia 2018

Korespondencja


Trudna bywa korespondencja ze samym sobą. Często towarzyszy nam dziwne odczucie, gdy czytamy swoje przemyślenia sprzed lat, miesięcy, czy nawet dni. Często bywa też tak, że zupełnie inaczej wyobrażamy sobie nasze myślenie, które będziemy mieć kiedyś, po czym okazuje się, że po czasie jesteśmy jeszcze inni. Nie da się przewidzieć siebie na zaś. Nie da się. Zbyt dużo wydarzeń, miejsc i ludzi nas otacza. To wszystko jest tak żywe, plastyczne i ruchome, że wpływa na nas przestrzennie, od wielu stron jednocześnie.
Trudno jest tak pogadać ze sobą z kiedyś. Trudno to zrozumieć, bo codziennie mamy inne oczy, inne uszy. A wszystko przecież odbieramy polisensorycznie, ciągle.
Czy skupiać się tylko na tym, kim jestem teraz?
Bynajmniej.
Czasem w danym momencie działam pod wpływem emocji, humoru, pogody, zmęczenia i wielu innych, jakże nieważnych, czynników. Warto zawsze starać się być całością siebie. Przecież to doświadczenia nas tworzą. Zawsze jesteśmy całością złożoną z wielu elementów. Elementy dochodziły i dochodzą z czasem. Nie mogę rozmyślać nad trudną czy bolesną częścią siebie, swojej historii z przeszłości, bo to rozdrapywanie ran, jednak nie mogę też zapomnieć tego, co przyniosły te sytuacje. Czego mnie nauczyły.
Cnoty i wartości też powinny być niezmienne. I miłość. Obecność tego wszystkiego musi być stała, a jedyne zmiany, jakie ich dotyczą, to rozwój i rozrost.
Dzisiaj nie wiem już, dlaczego byłam jakaś wczoraj i nie wiem, jaka będę jutro. Nie wiem, ile mogę znieść, ile przetrzymać. Nie wiem, ile siły we mnie drzemie, a ile poddania się. Czasami, kiedy leżę na łopatkach, okazuje się, że są one dobrą trampoliną do odbicia się.
Pustynia dużo zmienia. To jasne. Tu, na pustyni, już dobitnie trudno się komunikować ze sobą samym. Gdy trudności przerastają ciało i psychikę, nagle otwierają się przed oczami własne, nieznane dotąd strony. I tak ma być. I o to chodzi.

Dzisiaj napiszę do siebie list, w którym powiem sobie, że mam być wdzięczna za każdą pustynię. Za każde wyzwanie.
Brzmi banalnie, ale dopóki nie odczuje się pieczenia pleców od uderzenia biczem, nie da się tego bicza dobrze opisać. Dobrze go poznać. Warto doświadczać.
Myślimy słowem, a słowa mają moc. Czasem warto je spisywać, by mieć wgląd we własną ewolucję. Dlatego piszę. Lubię potem wchodzić w trudność korespondowania ze sobą samą. W czasie. Po czasie. Zmierzenie się ze wstydem lub dumą. O, albo nawet wszechobecną obojętnością. Lubię to uczucie, tę niepewność i ciekawość odnośnie tego, co będę chciała opisać za rok lub za dwadzieścia lat. Oby to była korespondencja budująca. Twórcza i dobra.
Jestem zwykłym, kruchym człowiekiem, który nie ma nic, a który dać może tylko niedoskonałą miłość. I takim właśnie człowiekiem będę do końca, a to co będzie przynosiło życie przyjmę najlepiej jak potrafię. I może opiszę?
Najtrudniej wysłać list do siebie. Najtrudniej też odczytać taki list. Najtrudniej wejść w siebie, zobaczyć, co się zastało i napisać sprawozdanie. Przeanalizować to, wyciągnąć wnioski i iść dalej.
Jak to dobrze, że jest tylu pięknych ludzi wokół. Dobrze, że nie tylko ze sobą możemy korespondować. Jak to dobrze, móc kochać rozmowę. Jak to dobrze wymieniać się listami. Historiami.

sobota, 14 lipca 2018

Nieusuwalność z atmosfery, nieuniknięcie klimatu

Nie chodzi o atmosferę ziemską. Z niej właśnie - choć nielicznym - udało się uciec. Chodzi tu o atmosferę dnia, chwili, sekundy. Właśnie.
Każdy dzień i każda chwila ma swój klimat. Po prostu.
Buduje go tyle czynników. Pora dnia, pora roku, ludzie, nasz humor, zdrowie, poziom wyspania. Dużo tego. Co ciekawe, jakoś fizjologiczne podstawy, choć na dole piramidy Maslowa, nie są najważniejsze.
Ciągle, bezustannie trwamy w jakiejś atmosferze. Wiele osób wokół mnie ma jakąś mniejszą wchłanialność klimatu. Żyją wciągnięci w wir własnych ścieżek. Są mało empatyczni, żyją jednym, hermetycznym światem.
A ja? Gubię się w zmienności klimatów jednego dnia. Gubię się, bo tak wiele mam swoich i tak wiele cudzych pochłaniam. Niesamowicie często te nasze atmosfery do siebie nie pasują. W tym samym miejscu, w tym samym czasie.
Gubię się w atmosferach, w emocjach, bodźcach, lękach, wzruszeniach i podekscytowaniu. Czasem, w chwilach nudy, niby wszystko przygasa, ale to właśnie wtedy budzą się wspomnienia.
"Zajmij się czymś! Pracuj, ucz się, zrób coś dobrego dla innych!" Tak, tylko, że żadne zajęcie nie jest w stanie oderwać mnie od klimatu, w który właśnie wpadłam.
Potrafią to tylko nieliczne osoby.
Bardzo nieliczne.
Nic ich nie łączy, nie są do siebie podobne. Mają jednak w sobie coś, co potrafi budować wspaniałą atmosferę. Jest ona czysta, dobra, swobodna, niezależnie od humoru i od tego, co wydarzyło się w ciągu dnia.

Potrafię już uśmiechać się szczerze, nawet, gdy mam w sobie smutny klimat. Nie jest to śmiech przez łzy. Niczego nie udaję. Umiem prawdziwie się cieszyć, mimo, że moje głębiny są przepełnione smutkiem. Umiem też płakać z kimś szczerze wtedy, gdy we mnie świeci słońce.

Jakie mogą być atmosfery? Jaki może być klimat?
Nigdy nie biały, nigdy nie czarny. Nigdy nie całkiem smutny, radosny, wzruszony, pełen złości. Nie. Wszystko miesza się zawsze w nigdy nie powtórzonych proporcjach.

Chciałabym, by każdy zdawał sobie sprawę, że wszystkie osoby wokół niego są otoczone bańką swoich odczuć i przeżyć.
Piękna jest taka wyrozumiałość wobec innych. I wobec siebie.

***
Codziennie wpadam do innej studni, do innego jeziora.
Codziennie płynę.
Codziennie w innej wodzie.
To nie ja wybieram, nie ja.
Płynę czasem z prądem, czasem wbrew.
Często stoję w miejscu.

Lubię fale, które wzbudzasz.
Fale, które wzbudzasz, piękna osobo płynąca obok.
Razem raźnej.
Woda umiejętnie miesza klimaty.
Potrafi to.




poniedziałek, 9 lipca 2018

Co niesie szczekanie psa

Siedzę przy oknie, bo jeszcze nie chcę spać. Mimo, że znużenie daje o sobie znać, siedzę i słucham, jak szczeka pies. Nawet nie wiem, do kogo należy to zwierzę i dlaczego szczeka ile sił w płucach.
Kiedyś siedziałam tu z innymi zmartwieniami w głowie, z innymi ludźmi w myślach, z innymi zachwytami i obawami. Świat wydawał się większy, ja byłam naiwniejsza. Kochałam rodzinę i cały świat, lecz nie kochałam żadnych konkretnych ludzi wokół. To zaskakujące, jak skrajnie inny był wtedy dla mnie świat! I nagle mija rok, dwa, pięć, dziesięć, piętnaście i minie jeszcze wiele, a i tak w wakacyjny wieczór usiądę kiedyś i posłucham jak szczeka pies. Może ten sam, podstarzałym głosem, a może jego następca. Świerszcze też będą głośne, bo wciąż będą sobą. Będą żyły tu i teraz i będą spełniały własne zadania. Taki jest świat. Świat się dzieje, a nasz świat wewnętrzny  dzieje się równolegle. Ten pierwszy nic sobie nie robi z drugiego, ale drugi - jak widać, czasem usiądzie przy oknie i posłucha jak w pierwszym szczeka pies.
Wszystkie te wyobrażenia o sobie i o świecie w przyszłości - nie sprawdziły się. Okazało się bowiem, że na wszystko wpływa nieprzewidywalny Bóg i jeszcze bardziej nieprzewidywalni ludzie.
Kiedyś nie wiedziałam, że Bóg okaże się rzeczywiście żywą osobą w moim życiu, która ma coś do powiedzenia. Ba! Ma do powiedzenia wszystko, bo w Jego rękach jestem. Kiedyś tego nie wiedziałam, że, gdy będę dorosła, będę do Niego należeć. Że go odnajdę, że będę Go ciągle szukać, że będzie ingerował w moje życie i będę mieć w nim Przyjaciela. Nie wiedziałam, że będzie On realnie wychodził poza mój wieczorny paciorek. Kiedyś też, kiedy nie wiedziałam, jak wielki wpływ na moje życie będą mieli inni ludzie, nie zdawałam sobie sprawy, że tylu ich poznam. Nie wiedziałam, że tak różnorodni mogą być i że tak mocno będę wchodzić z nimi w relacje. Nikt nie powiedział mi, że każda z tych relacji wpływa nieodwracalnie na wewnętrzny świat. Nikt nie powiedział, a mimo wszystko to tak bardzo się działo i dzieje.
A pies nadal szczeka, nieświadomy, jak wiele światów wewnętrznych go otacza. Kojarzy właściciela i jego rodzinę, o których wie, że mogą dawać jedzenie i pogłaskać za uchem. Taka wiedza mu wystarczy.
Ciekawe, ile jeszcze przyokiennych nocnych przystanków mnie w życiu czeka...
Nie wiedziałam kiedyś, że moje wizje, marzenia i odczucia, to coś, czego nie ma w każdym człowieku. Byłam pewna, że ludzie, którzy przecież mają oczy i inne zmysły, odbierają te miliony bodźców i przetwarzają umysłem i duszą. Potem okazało się, że tak nie ma. Okazało się, że niektórzy żyją tylko po to, by codziennie bez zastanowienia karmić swojego psa, który równie mechanicznie będzie szczekał po nocach. Wyszło więc na to, że niektórzy nie wykształcili lub stracili swój świat wewnętrzny, który przez psa zlał się w ten zwykły ogólny świat.
Później jeszcze wyszły na jaw inne sprawy. To, że mało jest uczciwych ludzi, to, że nie ma sprawiedliwości, to, że mało kto docenia starania innych, to, że łatwo jest dać się wykorzystać i to, jak wieloma osobami rządzą pieniądze. To, że cnoty są deptane, a mimo to nadal chcę o nie walczyć.
Tak bardzo przez wszystkie lata zaskakiwał i rozczarowywał świat. Ten ogólny, ten własny wewnętrzny i wewnętrzne światy ludzi wokół. Okazało się, że nie da się zakochać w kimś na siłę, jeśli nawet bardzo się chce, a zakochuje się w tych, którzy nie chcą nas. Czas pokazał, jak bardzo cierpliwym trzeba być w cykliczności życia i jak bardzo światy wewnętrzne nie interesują świata i innych ludzi. Przez wszystkie lata ukazały się też wielkie i piękne prawdy: siła i nieskończoność przyjaźni, o którą się dba, sens walki z grzechem, którą z Bogiem się wygrywa, doskonalenie się mocy w naszej słabości, oddanie się wielu ludzi dla innych, wielkie pokłady bezinteresowności, nieocenioną wartość rodziny oraz to, że - choć niewiele - są osoby, które korzystają ze zmysłów.
Pies nadal szczeka i słyszę świerszcze, tak jak w noc, gdy miałam pięć lat i spałam na materacu u babci. Jak wtedy, gdy czułam się w stu procentach kochana i bezpieczna. Wtedy, gdy jedynym zmartwieniem było to, czy babcia zrobi na śniadanie ulubioną jajecznicę i czy będzie się z kim bawić.
To intrygujące, jak wiele domowości niesie w sobie szczekanie psa.
On chyba o tym nie wie...

wtorek, 26 czerwca 2018

Puste pole na jedynkę

Czasami pusta kartka jest jak wyzwanie. Innym razem - jak zadanie nie do rozwiązania. Czasem płynie się po niej martwiąc się, czy nie braknie wolnego miejsca. Innym razem podchodzi do nas pani i mówi: "kochani, nie może zostać pusta biała powierzchnia - musicie zamalować wszystko", podczas, gdy ty masz już ziemię i niebo, a między nimi szmat białości, z którą nie wiadomo, co zrobić.
Dużo ostatnio białych przestrzeni między moją ziemią a niebem. Dużo tej nieplanowanej, bo pędzi się od jednego koloru do kolejnego. Wszystkie oznaczone w kalendarzu, jako punkty, przystanki, a między nimi pustka, o której się zapomina, a w którą się wpada biegnąc do koloru. Wpada się zawsze niespodziewanie, chociaż jest się świadomym, ile pustek przed nami. Jak samotne są te biele! Jak mało pomysłów na ich wypełnienie!

Mam często dużo chęci, ale gdy widzę, że potrzeba wymienić wodę do farbek, a pędzel przysechł, to odpuszczam. Skąpię wysiłku. Taką mam słabość.

Boję się ostrej kreski. Kiedyś byłam bardziej zamaszysta, a teraz? Widzę, że nie ma tu miejsca na moje artystyczne wnętrze. Nikt go nie rozumie. Sama stoję na czele niezrozumienia siebie. Chciałoby się to odrzucić i być prostszym, zwykłym człowiekiem. Ja nadal nie umiem. Nie umiem nie tworzyć i nie umiem prosto kochać. Choć, gdy kocham, kocham całą sobą. Ponad siebie nawet! Gdy już kocham, nie umiem o tym powiedzieć.

Wszystko się rozjeżdża, tory przyjaciół skręcają. Jadą malować nowe powierzchnie, a ja co? Ciągle nie wiem, co zrobić z miejscem między ziemią a niebem. Może jakieś góry w tle? To jest myśl. Lecz wciąż - co z pozostałą bielą?

Może po prostu zostawię tak, jak jest, usiądę w kącie z moją kartką i będę czekać na koniec lekcji. Dostanę jedynkę. A co mi tam!
Może dostanę chociaż plusa za góry...


środa, 13 czerwca 2018

Nocna ławka i diagnostyka zapętleń

W skali dnia jest tego dużo, w skali życia więcej. Tyle się tworzy w nas zawiłości, przemyśleń, natchnień, wrażeń, nadziei, problemów, ambicji, tęsknot, nieporozumień, poczucia winy, radości i bezsilności.
Wszystkie te zapętlenia ważą odpowiednio i przytłaczają umysł. Przytłaczają mi serce. Tak jest tu na ziemi. Tak jest każdego dnia.
Wielki zapętlony kołtun pływa we mnie jak płód, który nigdy nie może się urodzić. Jest nieregularny i każdego dnia przybiera inną pozycję. Czasami jego środek ciężkości znajduje się w takim miejscu, że jakoś lżej iść. Czasami ciągnie do przodu jak parkinsonika.

Kilka lat temu, podczas nudnych zajęć, znajoma zapytała mnie niespodziewanie: co zrobić, żeby iść jakoś prosto? Co zrobić, by żyć tu i teraz mimo wszystkich przeciwności i trudności? Nie znałam odpowiedzi, ale automatycznie wyobraziłam sobie to wizualnie. Narysowałam jej.

Wszystkie te zapętlenia są w nas, są naszą częścią, ALE nie są nami. Wszystko, choćby nie wiem jak mocno się wrosło w nasze tkanki - przemija. Coś co w nas, nie jest nami.
Ja też tęsknię, ja też cierpię, ja też nie znam odpowiedzi na wiele pytań. Tak bardzo wszystko się we mnie kłębi i kotłuje. Lecz cóż...
Przystaję, na chwilę wyciągam wszystko z siebie, staję obok i patrzę.
Patrzę z boku.
To tylko zaplątane nici doświadczeń, zewnętrznych problemów i wewnętrznych odczuć z nimi związanych. Dzisiaj takie, jutro inne.
Staję obok i przez chwilę patrzę na nie, jak na nieujarzmione dziecko, niesforne zwierzątko.
Tu jest klucz.
Dystans.
Tak trudny i tak nierealny do osiągnięcia.
By stanąć obok, potrzeba czasem pomyśleć o swoich przeszłych wnętrznościach. Nie tak dawno jeszcze wyszarpywały ci tkanki, odbierały chęć do życia, pobudzały nocą śpiący mózg, zacierały oczy. Były jak nowotwór karmiony twoją krwią. A dzisiaj? Nawet nie wiesz, kiedy zmienił się skład twoich zapętleń.
Wszystko szybko przemija.

Staję obok, choć wiem, że zaraz będę musiała wrócić, wrzucić je z powrotem w siebie i iść dokąd szłam. Idę jednak inna, po biopsji.

Z daleka wszystko wydaje się mniejsze. To, co cię dusi, położone obok - śmieszy.
Śmieję się z problemów. Czym one są?
Unoszę z powrotem i, choć bolą, dają się nieść.
Na etykiecie moich zapętleń wyczytuję wagę znacznie niższą niż się spodziewałam.

Często staram się wyciągnąć z siebie wszystko, położyć obok ławki, na której przesiaduję nocą, pobyć chwile w błogiej lekkości, by znowu wziąć, co moje i iść.
Warto czasem na takiej ławce usiąść z kochaną osobą, by móc się wymienić swoimi zapętleniami. By je wzajemnie przeanalizować.

Przyjaźń jest cenna. Miłość jest cenna. To one obniżają wagę wszystkiego.
Wagę najcięższych powrozów.


niedziela, 3 czerwca 2018

Rozwarstwione uda

Rozwarstwione uda, które mam, kruszeją.
Każda warstwa ma uczulenie na warstwę, która się z nią styka.
Każda każe nogom iść w inną stronę, innym krokiem.
Każda złożona z innego ciała, z inną grupą krwi, z innym DNA.
To dziwne, że tak długo już współżyją, że tyle wytrzymały.
To prawda, że to najdłuższa i najtwardsza kość jest dla nich fundamentem, lecz cóż z tego...
Wszystkie części moich ud, oddzielają się od siebie. Nieuchronnie.
Trochę jak wysuszone ciasto francuskie na gałązce.

Między nimi płynie krew, w różnym tempie.
Każda warstwa potrzebuje innego. Może to dlatego wszystko trzyma się jeszcze całości.
Tak zmienne w ciągu dnia ciśnienie, a zmienność dyktowana tęsknotą, niezręcznością tylu sytuacji, lękiem, najprawdziwszą radością, frustracją, ukrytą miłością i każdą inną pożywką, którą permanentnie generuję.
Każda warstwa przez chwile jest odżywiana. Po swojemu.
Każda domaga się innego chodu.
Niektóre chcą tańczyć, pojone krwią zapomnienia, inne, te najbliższe tanecznym, chcą iść prosto, w sposób zrównoważony. Ich paliwem jest krew miarowo pulsująca, bez zbędnych uniesień.
Jedne warstwy mają siłę włóczyć moje nogi do ludzi, którzy są tak trudni, tak wymagający. Inne pchają do ucieczki.
Wykluczają się te warstwy, odpychają jak te same bieguny, a jednocześnie współistnieją.
Takie właśnie sprzeczności mnie trzymają, to na nich idę.

Rozwarstwione mam uda i nie wiem, ile jeszcze wytrzymają.
To jak niezbadany nowotwór, który można donieść do emerytury albo, dowiedziawszy się o nim, zniknąć stąd za trzy tygodnie.

A niżej stopy, które na co dzień muszą stykać się z ziemią. Tak bezpośrednio.
I stykają się, niebezboleśnie.
I idą bez pewności fundamentu. Bez litych ud.

Rozwarstwione mam uda. Każda warstwa z innego kraju, z innej gliny, z innych powodów.
Trudno uwierzyć, że komuś chciało się takie stwarzać.
Tak podatne na rozwarstwienia!
Przerzuty już są.
Rozwarstwia mi się serce, rozwarstwia mózg.
Ile jeszcze krwi, ile spoiwa będzie trzeba, by to wszystko było jednością?
Chociaż... to już dawno nie jest jednością.




niedziela, 20 maja 2018

3% baterii

3% baterii. Tyle mam.
Momenty, gdy mogę się podłączyć do źródła energii są tak rzadkie i tak krótkie.
Ciągle biegam i szukam miejsca ładowania.
Mam 3% baterii, choć czasem ładuję.
Momenty mocy utożsamiam ze świętem i z bliskością.
Chłonę całą sobą, jak słońce, gdy leżę na szczycie w Bieszczadach.
Biorę, ile mogę, bo zaraz znowu wyrwę się razem z przewodem.
I pobiegnę - przecież wszystko wzywa.
Zorientuję się, że świeci czerwona kontrolka, że to już pora.
Znowu zacznę szukać siły. Szukać jej resztkami sił.

Gdzie jeszcze mogę czerpać? Gdzie szukać energię?
Było kilka momentów, gdy sięgałam prawie stu procent.
Piękne to były momenty.
Mocne, lecz niestałe, jak błyskawice spadające wprost do oceanu.
Byłam kiedyś oceanem.
Przy nielicznych tylko osobach wyłącza mi się dziś kontrolka.
Niektórzy myślą, że mogę przy nich się posilić.
Naprawdę, naprawdę tak bardzo się mylą.
Ci zaś, którzy dodają mi mocy na dalekie drogi, nie zdają sobie z tego sprawy.
Nie mają pojęcia, że są energią.

Kiedy braknie tych trzech procent, chciałabym, by był ktoś, kto podłączy mnie do prądu i będzie miał motywację, by mnie na nowo włączyć.
Mało jest odważnych.



poniedziałek, 14 maja 2018

Piąte urodziny Kuferka

Trudno mi uwierzyć, że tworzę wpis do kuferka równo pięć lat po tym, gdy utworzyłam blog. Naprawdę trudno, bo bardzo dobrze pamiętam tę chwilę i ten ulotny pomysł.
A tu już pięć lat chodzenia z pomysłami w głowie. Pięć lat trochę innego patrzenia na rzeczywistość.
Zmieniło się prawie wszystko. Nie tylko ja. Zmienił się widok z okna i codzienna droga. Poznałam wielu nowych ludzi - naprawdę można tylu poznać w ciągu pięciu lat???
Kiedyś zakopałam kuferek w ziemi, by został inspiracją do stworzenia bloga. Trochę jak obumarłe ziarno. Stworzyłam go na chwilę, żyje od pięciu lat. Trochę utożsamiam się z tym miejscem. Jest bardzo hermetyczne i egoistyczne, wiele w nim przeżyć, które rozumiem tylko ja. Jakieś spostrzeżenia, koślawe wiersze i dziwne, momentami infantylne natchnienia, ale... lubię to miejsce.
Lubię to uczucie, które towarzyszy pisaniu. To tak, jak chodzenie po chodniku, by nie nadepnąć na linie między płytami. Tak właśnie jest, gdy spontanicznie dobiera się słowa do tego, co ma się w sobie.
Dobrze wiem, jakie spotkania i rozmowy rozbudził ten blog. Za każdy odzew jestem wdzięczna. Czuję się naprawdę ubogacona. Czy dojrzalsza? Możliwe.

Nie jest tak, że przez pięć lat wypisze się wszystkie możliwe pomysły. Wcale tak nie jest. Świat nie byłby światem, gdyby nie inspirował. A inspiruje, jeszcze jak!

Dziękuję Wam wszystkim za to, że pozwoliliście z tego skromnego bloga uczynić przestrzeń do spotkań, wydarzeń i tak ciekawych rozmów!
Dziękuję za to, że to nadal się dzieje!

***
Jak łatwo zauważyć, większość postów powstaje późną nocą. Nigdy bym nie powiedziała, że taka pora i świetna muzyka mogą przynieść tyle chęci do pisania, do mówienia, do rozmyślań.
Dobrze tak porozmawiać z nicością, dobrze tak pobawić się w poetę. Tylko dlatego, że się to czuje.
Robię to dlatego, że to czuję.






wtorek, 8 maja 2018

Wielkie oceanarium

Wielkie oceanarium. Ogromne.
Stoję, a wokół mnie grube na pół metra szyby. Nade mną, wokół mnie i pode mną mnóstwo wody.
Pływacie wokół, jesteście piękni, kolorowi.
Tyle gatunków, tyle kolorów. Różne sposoby Waszego poruszania się, różne tempo. Wielkie ławice przeplatane indywidualnościami. Niektórzy z Was kotłują się w oświetlonej, środkowej części - tej, której można dotknąć ręką. Pozostali pływacie od końca do końca, z dala od ścianek. Innych nigdy nie widziałam, bo nigdy nie wypłynęliście z ciemnych zaułków. Zjadacie to, co Wam wsypią. Zjadacie też siebie nawzajem - wiem, bo widziałam.
Nie wiem, co jest w Was tak pięknego, że patrzenie na Was, śledzenie Waszych ruchów, wciąga mnie i uzależnia niemiłosiernie. Stoję i bez przerwy patrzę. Jest mi tu sucho i ciepło, ale patrzę.
Kocham Was i kocham tę półmetrową szybę. Nie wiem, dlaczego.

Od niedawna odkrywam nowe Wasze gatunki, ale już nawet się nie wgłębiam, nie opisuję.
Cieszę się, że jesteście tak piękni, że żyjecie i otaczacie mnie. Czuję jednak ciarki na plecach, kiedy uświadomię sobie, jaki ciężar wody napiera na mnie. Czuję ten ciężar.

Kiedyś przykładałam nos do szyby, tak, że aż się na niej rozlewał. Uchylałam drzwiczki od góry i Was karmiłam. Potem dotykałam dłonią szyby. Tak, długo trwały czasy, gdy stałam z dłońmi przyklejonymi do Waszych ścian.
Dzisiaj tak nie jest.
Pływacie, jak pływaliście, ale ja już tylko stoję.
I tak już będzie.
Będę tak patrzyła, patrzyła i patrzyła. Czasem się zamyślę.
Nie chcę być samolubna, ale niedobrze mi robi kontakt z Wami. Jestem w innym ekosystemie, a Wy jesteście moją używką.

Nigdy nic nie wiadomo. Może przyjdzie w końcu czas, gdy pobiegnę zwiedzać pustynię...










Orkiestra nurtu rzecznego

Czas to z jednej strony coś niewidzialnego i nieuchwytnego, coś co mogłoby stanowić definicję abstrakcji i antonim namacalności. To coś, co ...